😷 Zapiski z czasów zarazy

2020.04.06

Mój "kręciek" po raz kolejny zadziałał. Trzeba by sprawdzić, jak wygląda Covid po góralsku. Jak po góralsku, to oczywiście w Zakopanem.
Przechadzam się Krupówkami. Tu i ówdzie przemykają pierwsi odważni. Zamaskowani. Środek maja, Zakopane zaczyna pomału ożywać po trzymiesięcznym uśpieniu. Co bardziej strachliwi przywdziewają plastikowe przyłbice. Znów cepry dali góralom powód do kpin: "A po cóze tak się zasłaniać, pzecie pod tym to dopiro fruwo ". I nie da się tu zacytować Tischnerowskiego "gówno prowda", bo przecież fruwa. Pod przyłbicą też.
Zaglądam do mojego ulubionego "Żabiego dworu" na góralskie jedzenie. Wita mnie stęskniona za widokiem gości kelnerka. Oczywiście w masce i żabio zielonych rękawiczkach, na których panoszy się nic innego, tylko pierścionek z czerwonym oczkiem. Duży, bogato zdobiony. Taki z wyprzedaży, za 9 zł. Zaraza, zarazą, a wyglądać trzeba. Pomysłowość Polek nie zna granic. Jak nie tak, to inaczej.
Tylko szlaki znalazłam wolne od covidowego piętna. Słońce świeci, lazur nieba, po którym przemykają czasem małe chmurki. Potoki szumią od wieków tak samo. Łączki kaczeńców zachwycają intensywną żółcią. Ot, uroda życia.
Cdn.
Iza Bociańska
 
 
 
Zakopane harenda

 

 

2020.03.28
Co tydzień w kalendarzu grafik stałych terminów, spotkań, obowiązków. Do tego terminy i zobowiązania bieżące, praca, spotkania z klientami, ze znajomymi, udział w różnych ciekawych, bardziej lub mniej, wydarzeniach. Kino, czasem teatr, koncert, muzea i wystawy. Zakupy, spacery. Rodzinne spotkania, zajęcia z wnuczętami. Dnia brakowało. Czasem ten pośpiech i przyjęte obowiązki doskwierały. Nie raz wieczorem kładłem się spać z postanowieniem, że zwolnię, że po co mi to, emeryt jestem przecież nic już nie muszę.
No i wykrakałem.

Zadziałało samospełniające się życzenie. Dość już masz kochanieńki tego zabiegania, tych wnuczkowych zobowiązań i tego wszystkiego co ci doskwiera no to spełnimy twoje marzenie o spokoju i nic nie muszeniu. Damy ci COVID-19, a z nim obawę o twoich pracujących bliskich, o wnuki, o siebie, o przyjaciół i znajomych i o przyszłość tak w ogóle.
No i teraz nic nie muszę. 

Mogę spać do południa, a nawet dłużej. Czytać, wykreślając kolejne pozycje z „Listy do przeczytania”. Oglądać w Internecie filmy i sztuki teatralne skracając „Listę do obejrzenia”. Dużo mogę bo jest mnóstwo w domu do zrobienia. Mogę:
- uporządkować, posegregować i zbędne wyrzucić posprzątać nieposprzątane zdalnie pracować,

- wystawiać polisy, kontaktować się z klientami i firmami 

- pisać to co już dawno miało być napisane i nowe o którym wcześniej nie myślałem 

- uporządkować pliki w komputerze i skopiować te istotne
- uporządkować pocztę
- przez telefon i Internet kontaktować się i „spotykać” z bliskimi, przyjaciółmi i znajomymi
- wiele, wiele więcej.
To wszystko mogę i pomimo tego nie jestem szczęśliwy. Brak mi bezpośrednich spotkań z ludźmi. Brak mi powietrza, przestrzeni, ruchu i tej radości którą niosło dotychczasowe aktywne, codzienne życie.
I tak sobie myślę, jak prawdziwe jest stwierdzenie, że doceniamy dopiero to co utraciliśmy, jakie by nie było uciążliwe i byle jakie.
Antek

 

🍀🍀🍀

* Niewidzialny wróg czai się wszędzie. Pokonać można go izolacją, maseczką, myciem rąk i alkoholem. I tu mam problem. Jak pogodzić tymi czystymi rękami alkohol w maseczce i w izolacji?
* Na początku, bo przecież był początek, nikt nie zdawał sobie sprawy, że koniec będzie czymś tak odległym. Że nie będą to tygodnie, ale miesiące. To może i dobrze, że ten alkohol tymi czystymi rękami … ale jak to robić w maseczce?
* Siedzę w domu. Nie mam czasu na nudę. Nie sprzątam chorobliwie, nie zaglądam do szaf, nie wywlekam niepotrzebnych klamotów i odłożonych przydasiów na potem. Jeszcze nie. Dla mnie to depresyjne zajęcie. Zamiast tego kupiłam na allegro 10 kg gliny i uczę się lepić ptaszki, dziwolągi i miseczki. Jak wyschną i nacieszę się ich niewątpliwym pięknem, rozmoczę wszystko w wodzie i zacznę lepić od nowa. Albo osiągnę perfekcję - albo mi się znudzi. Stawiam na to drugie.
A jak jednak jakimś cudem osiągnę odrobinę perfekcji, to ulepię dla przyjaciół takie maleńkie ptaszaki-straszaki. Pamiątki czasów zarazy.
Po co mi porządek w szafie, jak może wielką artystką zostanę?
* Wczoraj moja wnuczka rozmawiała z koleżanką przez telefon. W rozmowie często przewijał się temat szpagatu.
- To ty robisz szpagat – zdziwił się siedzący obok niej tata.
- Ja robię tak samo szpagat, jak mama robi porządek w szafie – bez namysłu odpowiedziała wnuczka.
Synowa, kiedy zawiesili jej pracę, ambitnie postanowiła zrobić porządek w szafach. I do dziś nie zrobiła go tak samo, jak Majka nie robi szpagatu. I bardzo dobrze. Za to całą rodziną pieką ciasteczka i grają w gry stolikowe. A szpagat? Do czego w życiu przyda się szpagat?
* Dwa dni po zamknięciu CAS-ów zostałam zmobilizowana.
W pierwszej chwili myślałam, że to pomyłka. No bo przecież emerytka jestem stara, grupa ryzyka i w dodatku leń. A tu do roboty mnie gonią? No i pogonili. Robota mnie kocha choć ja jej nie.
Na szczęście mam tylko codzienny i całodzienny dyżur przy telefonie i komputerze. Pośredniczę pomiędzy krakowskimi wolontariuszami, a osobami którym trzeba pomóc.
* Kilka dni temu zadzwoniła 86-letnia pani Ludmiła. Mój numer znalazła w internecie. Jest samotna. Nie ma dzieci, rodziny, nikogo. Poprosiła o kupienie jajek, mleka, chleba, kostki masła i żwirku dla kota. Oprócz zakupów zaproponowałam jej rozmowy ze studentką z Uj (Programu „TelefonUJ do seniora”). Pani Ludmiła dzwoni do mnie często. Rozmawiamy. Raz w tygodniu wolontariuszka Krysia robi jej zakupy, a studentka psychologii Ola dzwoni do niej codziennie. Zaprzyjaźniły się.
* Kiedy zaproponowano mi szycie maseczek oraz dostarczania materiałów i odbierania gotowych maseczek od wolontariuszy nie zastanawiałam się ani sekundy. Spędzam teraz całe dnie przy maszynie lub objeżdżam wszystkich „szyjących”. „Moi Casowicze” jak zawsze stanęli na wysokości zadania. Od długiego ślęczenia przy maszynie bolą nas plecy i oczy. Uszyliśmy już ponad 3 000 tysiące maseczek. Pomagamy .  ❤️❤️❤️
* Mam działkę w Balicach. Nikogo tam nie ma, ptaszki śpiewają i żadnych wirusów. Jeżdżę na nią w wolnych chwilach. Szkoda, że znowu zimno. Po zimie jest tyle pracy. Na szczęście na działce jest internet i dobry zasięg. Odpalam komputer, chowam telefon do kieszeni, wyjmuję grabie i pełen relaks.
* Po powrocie do domu, ledwie żywa ze zmęczenia – zgodnie z zaleceniami WHO - myję ręce, izoluję się od wszystkiego i walczę z zarazą tym alkoholem, co to niby ma być dobry na wszystko. Żeby tylko nie wpaść w alkoholizm. Chociaż może lepiej wpaść niż złapać wirusa?
* Rano myję ręce, boli mnie głowa, myję ręce, siadam do maszyny, myję ręce, szyję maseczki, myję ręce, dzwoni telefon, myję ręce, wiadomości przygnębiają, myję ręce, piję kawę, myję ręce …
* A ten ptaszek, co go sobie wczoraj ulepiłam, pękł na pół. Na szczęście nie jestem przesądna, więc umyję ręce i zrobię sobie nowego.
* Podobno w czasie izolacji miałam mieć nadmiar wolnego czasu. Podobno miałam mieć z tym problem - mnie to nie dotyczy.
* Czas zarazy - obyśmy zdrowi byli.
Jola 

 

🍀🍀🍀

Mija kolejny dzień. Już przestałam się zastanawiać, kiedy to się skończy. Próbuję się przyzwyczaić. Ten fragment życia będziemy wszyscy pamiętać. Trzeba zrobić, co w naszej mocy, aby to wspomnienie nie było tylko złe, koszmarne, chociaż okoliczności nie nastrajają dobrze. Życie trwa w domu, na łączach telefonicznych, w internecie. O dziwo, niewiele osób narzeka na nadmiar wolnego czasu. Nadrabiamy zaległości w czytaniu, niektórzy kontynuują pracę, a wydarzenia kulturalne też czasami docierają na ekran komputera.
Jadzia


🍀🍀🍀
Wstaje. Światło wąskimi paskami sączy się bokiem zza rolet. Podnoszę je. Zalewa pokój. Wcale nie jest dobrze. Razem z nim i wiadomościami z radia wdziera się dzień. I nie jest to ostatni dzień epidemii. Teraz cała reszta to mechaniczne powtarzanie. Gimnastyka, śniadanie, podlewanie kwiatków i telefony. A świat za oknem ciągle jest obecny. Wyjść, czy nie ?
Dlatego lubię wieczory. Zamknięta w ciepłym pomarańczowym świetle, wśród książek i obrazów z laptopem na kolanach wpadam w wymyślony świat. Nie jest nachalny. Mogę go w każdej chwili wyłączyć. Strach, lęk, te uczucia nie są moje i nie ja muszę sobie z nimi poradzić. Na razie przeglądam się w nich i do nich przymierzam.
Ania


🍀🍀🍀
2020.03.26
Jeżeli dobrze liczę, to już czternasty dzień innego życia. Zagrożenie koronawirusem. Nie robiłam specjalnych zapasów i w ciągu tych dwóch tygodni uzupełniane były tylko owoce i pieczywo. I jakoś daję radę. Tyle czasu bez konkretnych zajęć. Życie w ograniczonej przestrzeni. Brak towarzystwa. Telefony. Na szczęście. Poczytam. Ile można czytać? Niepokój. Może porządki jakieś? Nie chce mi się. Może jutro? Zadzwonię do Anki. Albo do Witka. Zjadłabym coś. Ale co? Bez jedzenia. Podwójna whisky i dzwonię do Witka. On też lubi whisky. Będziemy sobie razem sączyć.
EWA

 

🍀🍀🍀

Epidemiczny „ czort” utrzymuje się na gładkich powierzchniach, również papierze ( z wyjątkiem kartonu) przez trzy doby. Uzbrojona w rękawiczki podejrzałam skrzynkę listową, którą popsikałam właściwym środkiem. Przechodząca korytarzem sąsiadka dostała ataku kaszlu. Obie byłyśmy w maseczkach, ale nasze spojrzenia wysyłały groźne błyski.
Coś w skrzynce jest! Wyciągnęłam podejrzany list i wyrzuciłam na balkon. Przygniotłam doniczką. Po przepisowym terminie otworzyłam. Upomnienie z groźbą natychmiastowego wyłączenia energii z Tauron. Ha! Licznik elektryczny mam w domu. Nie wpuszczę intruza! Zresztą, kto się odważy. Uchylę drzwi bez maseczki. Wolność we własnym domu jeszcze jakaś jest.
Przyszła trzynasta emerytura. Zapłaciłam online. Niech nie myślą , że seniorzy nie kumają nowych technologii. Niech im tam będzie.
Ania Ż.

 

🍀🍀🍀
Oj tam, oj tam. Jeszcze 2 miesiące temu mówiliśmy wszędzie, wszędzie, a nie u nas. A tu 4 marzec i jest. Okopujemy się w swoich domowych grajdołkach, nosa nie wyściubiamy, uprawiamy gnuśning, pozoracje rozmaite wyczyniamy, kontemplacje, o rachunek sumienia zahaczamy, spacery na kopiec Kościuszki wzorem Dulskiego / bez zbytniego jednakowoż forsowania, a Boże broń! umiar, umiar!/.  Aż tu czas leci i my już wyściubiamy, początkowo z pewną nieśmiałością, a już coraz raźniej. Trochę się tylko zasapiemy pod maseczką wprawdzie, ale poczynamy sobie coraz śmielej, pilnując przy okazji dystansu obywatelskiego / 2 m/,bo czasem korci nas niestety ten rządowy /20 cm?/. Wszystko mija, nawet najdłuższa żmija.....A Lizbona co się szykowała z orkiestrą na mój przylot 14 maja musi trochę poczekać, niestety.…
Barbara W.

 

🍀🍀🍀
To przymusowe przebywanie w domu nie przeszkadza mi. Ważne jest z kim się przebywa! Mam współlokatora ukrytego przemocowca. Wśród ludzi miły i przyjazny w domu agresywny i nieprzyjemny. Rozwód w toku. Rozprawy odwołane więc czas płynie powoli. Poza tym pogoda dopisuje opalaństwu. 
Ania P.

 

🍀🍀🍀
26 kwietnia 2020. Tzw. handlowa niedziela. Wyrywam się jak pies spuszczony ze smyczy. Niech będzie Lidl. Ludzi dość dużo, wszyscy w maseczkach, ale niekoniecznie zachowują wymaganą odległość. Nie ma kontroli przy wejściu (2 tyg. temu obsługa odliczała), może jest fotokomórka, nie ma tez płynu dezynfekcyjnego ani rękawiczek. Ograniczenia poluzowane, a przecież wcale nie zmniejszyła się ani zachorowalność, ani śmiertelność. O co chodzi? Czy to sprawdzianik, taki teścik na ile dociskać śrubę i jak poluzować? Tak sobie rozmyślałam.......
Ewa Z.

 

🍀🍀🍀
A swoją drogą , to zabawne w jaki sposób usiłujemy zdyscyplinować pandemię. Statystyką i liczbami. 
Pięcioro żałobników, pięćdziesięciu modlących się wiernych, pięciuset uczestników zgromadzenia. Ta piątkowa obsesja ! 
Zupełnie jakby regulamin dla wirusa układał jakiś niespełniony prymus. Zgadnij kto ?
Ania M.

 

🍀🍀🍀

Jestem sfrustrowana siedzeniem w domu. To dla mojego kręćka istna katorga. Wychodzę na taras. W tym roku muszę posadzić kwiaty. Hmm... Żeby posadzić, trzeba je mieć. Jak już się ma, to trzeba mieć do czego.
Ubieram się i wychodzę do marketu wielkopowierzchniowego. Już pozwolili.
W desperacji wrzucam do kosza, co się da. Miotam się; kurtka, torba, kosz, maska, parujące okulary. Bez nich ani rusz, cholera.
Udręczona, spocona, wściekła, ustawiam się w kolejce do kas. Sztuczna inteligencja informuje: "kasa nr 7", "kasa nr 2", "kasa nr..." Kosze wypełnione po brzegi, każdy już chce normalności. Rezygnuję z kolejki i idę samodzielnie zeskanować zakupy. Miotam się; kurtka, torba, kosz, parujące okulary. Skanuję chleb, słyszę "chleb", skanuję donice, słyszę "chleb", skanuję konewkę, słyszę "chleb". Przy patelni wymiękam. Sztuczną inteligencję czasem zawodzi inteligencja. Takie czasy.
Cdn....
Iza B.

 

🍀🍀🍀

Anglia, Richmond,
1 maja 2020.

Dziś, w moim 8-mym (słownie ósmym) tygodniu samo-izolacji - poległam. „Poległam” to może nie jest najszczęśliwszy dobór słowa w tych dziwnych dniach. Mam na myśli to, że poniosła mnie ciekawość świata.
I tak, w samo południe, wybrałam się na lokalna wycieczkę. Z plecaczkiem i dyskretnie w nim ukrytym aparatem fotograficznym. I bochenkiem starego chleba. Dla ptaków.
Ponieważ jesteśmy tu nieustannie proszeni, aby wychodzenie z domu było tylko raz na dzień i tylko dla załatwiania niezbędnych rzeczy, w co wlicza się zdrowotny spacer (może być bieg lub rower), już wiem że moja wycieczka ma być nie tyle przyjemnościowa co zdrowotna. A więc, jakieś rozmarzania się, np. rozmawianie z drzewami połączone z wysiadywaniem na ławkach, nie wchodzi w grę. Oczywiście, nikt nikomu nie liczy ilości wyjść z domu ani nie prześladuje za krótki
wypoczynek na ławce, ale każdy wie że to kwarantanna a nie wakacje. I że trzeba zwolnic przestrzeń dla innych.
Przeto po wyjściu z domu, żwawym krokiem mijam nasz mini supermarket, zauważam że dwie restauracje i gabinet kosmetyczny dla czworonogów są zamknięte i że otwarte są dwie Café, moja regularna L’ Amandine (własność Libanki) i Richmond Bakery Café. Ta ostatnia nieco snobistyczna piekarnio-kawiarnia, gdzie miejscowi notable wpadają na weekendowe pokazanie się. Obie obecnie funkcjonują tylko na wynos, sprzedając kawę i kanapki przez próg i bezgotówkowo.
Otwarta jest również Farmacja Nimma, jej właściciel niedawno zmarł, uroczy Dr Nimma, Hindus i Mędrzec. Teraz biznes prowadza jego potomkowie. Pamiętają nazwisko każdego regularnego klienta. 
Mijając mini supermarket, przez szybę widzę że sprzedający są bez masek i rękawiczek, ale po pilniejszym przyjrzeniu się zauważam ściankę z plexi, a wręcz jest to kapsuła sprzedających,
Coś jak na statku Apollo.
Na zewnątrz mini marketu też nowość, barierki dla ustawiania się w kolejce, stoją w niej dwaj młodzieńcy o dobre trzy metry od siebie.
Trochę cieszy mnie to, że relatywnie nowa Agencja Nieruchomości, która wyparła nasz ulubiony sklep z włoska żywnością i domowym jedzeniem, też jest zamknięta. Idę w kierunku rzeki i tarasowych ogrodów nad nią. Zauważam, że forsycje i japońskie wiśnie kwitnienie maja już za sobą, a fontanna z erotyczna panna siedząca na delfinie zarosła rzęsa.
W ogóle to nowych rzeczy jest sporo, na przykład brak ruchu kołowego na ulicy. Wyraźne są też odgłosy ptasich orkiestr na różne instrumenty; trele, ćwierkania, nawoływania, podejrzewam że do godów. No cóż, jednym zaraza drugim gody.
Nowością jest brak dalekiego pomruku schodzących do lądowania na Heathrow samolotów.
Niebo jest wymiecione, wypolerowane, tylko wiatr przepędza po nim stada urodziwych cumulusów. Ze wschodu idzie gradowa ćma, w kolorze ciemny granat. Może mnie oszczędzi, powinna, jest to przecież mój specjalny dzień.
A więc niebo ciche, ulica cicha, ludzi na lekarstwo i żeby nie te rozśpiewane ptaki to byłoby jak w niemym filmie. Mijają mnie nieliczne, przeważnie młode osoby, wygląda na to że jestem jedynym zbuntowanym Seniorem w okolicy, a do tego ja ten Boryna, któremu podpowiedziano coś o spoglądaniu na księża oborę.
Nagle przychodzi mi na myśl ze nie wiem skąd takie powiedzenie się wzięło i że muszę po powrocie do domu te niewiedze naprawić.
Jak wspomniałam w plecaku niosę bochenek brązowego chleba dla rzecznego ptactwa i dzikich gołębi. Mam nadzieje, że to o.k czynność w czasach kwarantanny.
Mamy tu czaple, łabędzie, dzikie gęsi, kaczki, mewy i gołębie. Wszystkie kompletnie rozpuszczone i człowieka się niebojące. Czaple na karmienie przychodzą z ciekawości, bo mają za długi dziob i nie umieją zebrać okruchów.
Jeszcze ze wzgórza zauważam że w dolinie Tamizy, na dalekiej lace, nie ma dziś naszych dekoracyjnych krów, do których dopłacamy lokalnym podatkiem, ażeby podtrzymywały te sama od setek lat tradycje. Może krowy też się samo-izolują…..

Schodzę po schodkach, a potem stromą drożyną przecinającą naszą stromą łąkę, na której
onegdaj, jeszcze w normalnych czasach, zgubiłam okulary i za pięć miesięcy odnalazłam je w trawie. Przezimowały nienaruszone. Sprawdzam czy mam je na głowie. Są.
Nad rzeka nieliczni spacerowicze uprawiają nową etykietę, nikt nie siedzi na ławkach i każdy
uprzejmie czeka aż ich wyminę, ja też czekam aż oni mnie wyminą. Czasem powoduje to zator.
Ktoś mówi ‘zator’ (traffic jam) i uśmiechamy się.
Ja w końcu mam większe prawo do spaceru i robienia zatorów, primo idę z misją, secundo jestem Seniorem, na którego zaraza ma szczególna chrapkę.
Nad rzeka wszystkie puby są pozamykane, na zacumowanych lodżiach nikt nie majsterkuje ani ich
nie odświeża. Dochodzę do mostu, symbolu miasta. Zbudowany w 1770 roku z siwego piaskowca, jest seniorem londyńskich mostów. Tam zwykle kongregują się moi skrzydlaci podopieczni.
Mijam Café, pod sklepieniem mostu. Kiedyś była to publiczna toaleta, a od lat jest to najbardziej
popularna Bridge Café z ogromnym dziedzińcem do oglądania Tamizy, naturalnie ocienionym
parą prastarych platanów-olbrzymów, które widziały nie jedno. Bridge Café jest otwarta. Z obsługą na wynos. Mają na tarasie dwie klientki, cudzoziemki. Miałabym ochotę na cappuccino, ale mówię sobie, nie będziemy szaleć, moja droga.
Pospiesznie nakarmię ptaki. Żarłoczne i bezczelne mewy wykradają prawie wszystkie lepsze i większe kąski, najbardziej nieśmiałe są siwe czaple, najskromniejsze gołębie, z łabędzi, gęsi i kaczek najwięcej rozpychają się gęsi, najmniej zgrabne są łabędzie. Biedaki, nie bardzo fruwają, nie bardzo nurkują, ledwie chodzą, ale za to są majestatycznie urodziwe. Zauważam, że płowa kaczka ma aż trzech wystrojonych w szmaragdowe fraczki admiratorów, którzy nie spuszczają z niej oka, ani nie opuszczają jej boku. No cóż. Pod piórami wieku nie widać. Pewnie młoda. 
Nieco winna za sobie sprawione przyjemności, składam plastikową torbę do ponownego użytku, jak to Seniorzy starannie potrafią, po czym starą, wąską uliczką pnę się w górę do miasta, przestrzegając uprzejmego wymijania się z bliźnimi.
Na światłach głównej ulicy stoją dwie długie czarne limuzyny. Transport jakiś ważnych osobistości - myślę, ale po sekundzie zmieniam zdanie. Dwóch panów na przodzie, w smolisto-czarnych garniturach i śnieżnobiałych maseczkach nie wygląda mi na notabli, a przez krystalicznie czyste szyby łatwo rozpoznaję zawartość bagażu. Trumny są z jasnego drzewa, ze złoconymi uchwytami i wieńcami na daszkach. Wydają się ogromne i nad wyraz długie.
Kilkoro przechodniów czekających na zmianę świateł ma opory czy wypada przechodzić, czy też należałoby zmarłym jednak udzielić pierwszeństwa. Ja nagle rezygnuję z przechodzenia w ogóle, ponieważ, masochistycznie, chce zobaczyć czy to tylko dwie, czy może będzie ich za moment więcej. Po chwili jednak znów zmieniam plan i zamiast czekać, a potem pójść do centrum na dalsze obserwacje, wybieram zwrot i kierunek na dom. Tłumacze sobie, że musze raz jeszcze sprawdzić krowy, może wyszły. Poza tym, nie ma co przesadzać. Jak na jedna wycieczkę to i tak sporo przygód przeżyłam.
Spokojnie wracam do książek i rozplątywania historii przodków. I może zrób sobie domową chałwę.
Helena

🍀🍀🍀

Joomla Template - by Joomlage.com