Moja Afryka - zapiski z podróży
Namibia - część trzecia

21d Pustynia      Cała Namibia podzielona jest na ogromne farmy. Każda jest ogrodzona. Jeśli droga przebiega przez granicę między farmami trzeba się zatrzymać, otworzyć bramę, przejechać i zamknąć. W ten sposób farmerzy zapobiegają ucieczkom bydła. Osiemset kilometrów – ile to farm? Ile otwieranych i zamykanych bramek? Dużo. O dużo za dużo.
Otwieramy, zamykamy, otwieramy …..


Po drodze zatrzymujemy się u podnóża dziwnej, samotnej skały. Nazywają ją Palec Boga.
Tego słynnego, pierwszego, prawdziwego Bożego Palca już nie ma, przewrócił się jakiś czas temu. Ten, do którego idziemy, przejął jego nazwę.
W okolicy sterczy jeszcze kilka podobnych skał – może z tej samej ręki Boga?
Wdrapujemy się na szczyt wzniesienia. Widok zapiera dech w piersiach. Dookoła właściwie nie ma nic. Trochę rachitycznych akacji, kilka podobnie zerodowanych wzniesień, jakieś pagórki. I ta cisza. Czasami przeleci mucha. Żadnej cywilizacji. Jedynie nasze dwa samochody.

 

2 Widok

Dookoła właściwie nie ma nic. Trochę rachitycznych akacji, kilka podobnie zerodowanych wzniesień, jakieś pagórki i nasze dwa samochody

 

3 Widok

Tego słynnego, pierwszego, prawdziwego Bożego Palca już nie ma, przewrócił się jakiś czas temu. Ten, do którego idziemy, przejął jego nazwę

 

1 Widok

W okolicy sterczy jeszcze kilka podobnych skał – może z tej samej ręki Boga? 


Na każdej napotkanej stacji tankujemy pod sam korek. Przed nami całodzienna jazda przez pustynię. Na szczęście w połowie drogi ma być stacja benzynowa.
Pokonujemy kolejne dziesiątki, setki kilometrów. Jaskrawe, odbijające się od piasku słońce oślepia, monotonny krajobraz nuży i usypia. Zaczyna świecić kontrolka benzyny. Za kilka kilometrów zatankujemy. Luzik. W końcu dojeżdżamy do miejsca gdzie według mapy jest jakiś bar, stacja i trochę cienia.
I tu przykra niespodzianka. Stacja była, ale już jej nie ma. Wszystkie trzy domy stoją puste, a pomiędzy nimi hula wiatr.
Wyłączamy klimatyzacje. Toczymy się wolniutko, delikatnie, ekonomicznie. Nuda. Gdyby nie widok słynnej fatamorgany, którą mamy szczęście zobaczyć (na tej drodze to zjawisko występuje dość często) zanudzilibyśmy się na śmierć. W końcu, na ostatkach benzynowych oparów docieramy do Swakopmund.

 

Swakopmund


      Według planu w Swakopmund mamy spędzić trzy dni. Wynajmujemy domki i oddajemy się lenistwu. No, może z tym lenistwem to lekka przesada, bo codziennie wyruszamy na zwiedzanie okolicy, ale planie Iwona wyraźnie napisała:
„Swakopmund – odpoczynek” - więc nie dajemy się i o-d-p-o-c-z-y-w-a-m-y.
W Swakopmund czas się zatrzymał. Jest to jedyne miasto w Namibii, gdzie kulturowe dziedzictwo niemieckiego kolonializmu do dziś jest obecne w życiu codziennym jego mieszkańców. Ulice wciąż noszą niemieckie nazwy, a stojące przy nich domy to przykłady typowej niemieckiej kolonialnej architektury. I jeszcze ten niemiecki język dookoła.
Na kolację kupujemy świeże ryby, rozkładamy grilla i … przylatują pelikany. Kręcą się dookoła, zaglądają i coś tam skrzeczą do siebie. Czekają na chwilę naszej nieuwagi. Nieświadomi niebezpieczeństwa, stoimy i patrzymy na te piękne ptaki. One tymczasem zwierają szyki i w czasie zmasowanego ataku - kradną naszą kolację.
Niech im będzie na zdrowie.

24b Pelikan1

Otoczyły nas pelikany

 

24c Pelikan

Niech im będzie na zdrowie


Pustynia Nanib


     Namib to geologicznie najstarsza pustynia świata - 55 milionów lat „pustynnego trwania”. To jeden z najsuchszych regionów ziemi.
Jest to około 100-kilometrowej szerokości pas, ciągnący się wzdłuż całego namibijskiego wybrzeża Atlantyku. To tu pustynia styka się z oceanem, tworząc bezkresy magicznego piękna. Istnieją tylko wydmy i fale.


    Jedziemy na pustynie. Zabieramy dużo wody. Podobno wystarczy polać podobne do kamyków pustynne roślinki, a rozwiną się w mgnieniu oka.
Zatrzymujemy się co kilka metrów i podlewamy - a one nic.
Zgodnym chórem wyśpiewujemy „o mój rozmarynie rozwijaj się” – a one nic.
Asia śpiew i tańczy dookoła – a one nic.
Niemuzykalne takie jakieś, nietowarzyskie. Zamiast wystrzelić oszałamiającą zielenią - trwają w bezruchu. Dziesięć litrów cennej wody poszła na marne.
Niezrażeni brakiem zainteresowania ze strony „pustynnej zieleni” bierzemy azymut na Trasę Welwiczji. Trasa liczy raptem sto czterdzieści pięć kilometrów, ale przy odległościach jakie bezustannie pokonujemy w Namibii to betka.


    Welwiczja, narodowa roślina Namibii, to najdłużej żyjąca roślina na ziemi. Najstarsze spotykane w Namibii liczą około 2000 lat. Namibijczycy nazwali jej imieniem jedynego Jumbo Jeta w Air Namibia i przyjęli tę roślinę za symbol swojego kraju. W 1859 roku ta "żywa skamielina" została odkryta przez austriackiego botanika Friedricha Welwitscha i nazwana została jego nazwiskiem.
Welwiczja ma tylko dwa liście sięgające do 3 metrów długości. Szarpane wiatrem liście pękają i rozdzielają się na długie wstęgi, które nigdy nie usychają, nie odpadają i cały czas rosną. Roczny przyrost to około 10 - 20 centymetrów.
Pomimo, że welwiczja nie jest dużym drzewem, jej korzenie sięgają na głębokość 30 m. Wodę, tak jak większość pustynnych roślin, czerpie z powietrza, pochłaniając poranną wilgoć milionami mikroskopijnych porów.
Welwiczja jest rośliną rozdzielnopłciową. Płeć rośliny można rozpoznać po kwiatach. Kwiaty welwiczji żeńskiej przypominają fioletowawe szyszki, kwiaty męskie są w kształcie czerwonych gwiazdek.

 

    Stoję na pomoście wybudowanym obok najstraszniej znanej na świecie welwiczji. Ani duża, ani ładna. A jednak jest w niej coś, co sprawia, że milkniemy zadumani nad dziwami natury. Dwa tysiące lat trwania na pustyni w spiekocie i suszy. Przetrwała.

21c Pustynia

Welwiczja - ani duża, ani ładna

 

Krajobrazy z Księżyca

 

web 182 big

 

    W połowie Welwitschia Route zatrzymujemy się na drugie śniadanie. Wybrane przez nas miejsce nie jest przypadkowe. Nazywa się Krajobraz Księżycowy i nie jest to nazwa przesadzona. Dookoła pofałdowane skały, żadnej roślinności, nie ma nawet piasku. Skały i tylko skały.
Miejsce to powstałe dzięki nurtowi rzeki Swakop około 460 milionów lat temu. My oprócz oglądania mamy jeszcze jeden ukryty cel. Podobno, jeśli ma się szczęście, można tu znaleźć przepiękne kwarcowe kryształy i kamienie półszlachetne. Wystarczy pozbierać leżące kamyki i postukać w nie młoteczkiem. Jeśli trafi się na odpowiedni, po puknięciu rozpadnie się na pól, odsłaniając swoją tęczową tajemnicę. Chodzimy, zbieramy, stukamy i nic nie znajdujemy.
W końcu zamiast drogocennych świecidełek, oglądamy ślady po wozach ciągniętych przez woły. Pozostawili je pierwsi osadnicy, którzy przemierzali te tereny.
Siedzimy jak na księżycu i pałaszujemy kanapki. Zmęczona Asia zasnęła. Moczymy ręcznik i przykrywamy naszą maskotkę. Kiedy odpocznie ruszymy w drogę powrotną.

 

Sól


      Kiedy następnego dnia jedziemy do fabryki soli, zaskakuje nas rząd polewaczek, które bezsensownie wylewają setki litrów wody na zupełnie czysty asfalt. Kiedy widzimy, że jedna z nich staje, my również zatrzymuje się i wypytujemy kierowcę o cel tych dziwnych zabiegów. Kierowca, znudzony jazdą, chętnie wdaje się w pogawędkę.
Okazuje się, że wzdłuż całego wybrzeża zamiast po asfalcie jeździ się po drogach solnych – drogach gładkich jak stół. Najpierw wyrównuje się piasek, a potem polewa się go wodą z Oceanu Atlantyckiego. Resztę pracy wykonuje gorące słońce i wiatr. Sól łączy się z piaskiem tworząc twardą i gładką powierzchnię. Wystarczy od czasu do czasu wylać kolejne, i kolejne, i kolejne cysterny wody, aby utrzymać drogi w nienagannym stanie.
Kiedy kierowca odjeżdża, kucamy na poboczu i sprawdzamy.
Słona? Słona.
Śmigamy więc po solnej drodze do kolejnej słonej atrakcji.
Już z daleka dostrzegamy białe góry. Tu produkuje się 80% soli używanej w Namibii i RPA. Produkcja jest banalnie prosta. Najpierw do rozległych, płytkich basenów przepompowuje się wodę z oceanu. Po napełnieniu wystarczy poczekać, aż woda odparuje, a następnie zebrać sól, zmielić, zapakować i gotowe. Sól z Oceanu Atlantyckiego. Czyściutka, pachnąca.
Białe połacie basenów, białe góry soli, powietrze przesycone słoną wilgocią – czujemy się jak byśmy byli w jakimś innym, nierealnym, baśniowym świecie. W świecie, niemającym odniesienia do świata który znamy.

 

17 Biel

Czujemy się jak byśmy byli w jakimś innym, nierealnym, baśniowym świecie

 

19 Biel

Sól z Oceanu Atlantyckiego. Czyściutka, pachnąca.

 


flaming1Wracając zatrzymujemy się obejrzeć różowe stada flamingów. Jest ich tysiące. Brodzą po płytkiej wodzie – dostojnie, wolniuteńko. Dziesiątkami krążą w powietrzu wypatrując wolnego miejsca. Pochylają długie szyje i filtrują wodę w poszukiwaniu żywności.
Flamingi – zachwycają i fascynują.

flamingi2

Flamingi – zachwycają i fascynują

 

Cape Cross - kolonia fok

 

   Pierwszy Europejczyk dotarł tu w 1486 roku. Z tego miejsca rozpoczęła się ekspansja południowej i zachodniej Afryki. Diego Ciao postawił tu krzyż ku czci króla Portugalii. Od tego czasu jest znakiem orientacyjnym dla przypływających statków.

   Przez chwilę tylko oglądamy krzyż postawiony przez Diego Ciao. W końcu nie dla niego przyjechaliśmy w to miejsce ale dla fok i szybko biegniemy na wybrzeże obejrzeć foki. Nie trudno do nich trafić. Wystarczy skierować nos w ich stronę.

Kolonia fok w Namibii liczy około 300 tysięcy osobników. Wylegują się na słońcu lub baraszkują w wodzie. Panuje niesamowity harmider. Krzyczą, walczą, małe foczki głośnym beczeniem wzywają matki. Jedynie mała część z tych maluchów dożyje do swoich pierwszych urodzin. Większość stanie się ofiarami rekinów, orek lub szakali. Jednak najgorszym ich wrogiem jest człowiek.

Siedzimy na murku i przesiąkamy potwornym odorem fok i gnijących resztek ryb. Po godzinie pobytu całe ciało, włosy i ubranie cuchnie fokami, ale poza tym upiornym smrodkiem jest pięknie.

24a Foki

 

23 Foki

 

24 Foki

 

      Opodal wznoszą się jakieś zabudowania. Chcemy choć trochę zmyć z twarzy i rąk foczy kurz i zapach. Pukamy do drzwi prosząc o trochę wody.

I tak przez przypadek trafiamy do przetwórni foczego mięsa. Produkuję się tu kiełbasy, kaszanki, pasztetowe i inne frykasy. Właściciel, nie dość że udostępnił nam kran z wodą, to jeszcze podarował całą torbę foczych specjałów. Mamy z tym duży problem, bo kiełbasa o rybim zapachu, nawet popijana dużą ilością piwa, jakoś nam nie wchodzi. W dodatku ciągle mamy przed oczami focze maleństwa.

Chowamy wszystko do lodówki i wyruszając do Lüderitz „zapominamy” zabrać wałówkę.

W Namibii wciąż używa się pałek do zabijania młodych foczek. Polowania te mają charakter czysto komercyjny. Aby zagwarantować najwyższą jakość i nie uszkodzić skór, zwierzęta zabijane się uderzeniem w głowę.

Joomla Template - by Joomlage.com