sadPrzemijanie. Ogród

Posadzono je wzdłuż parceli w równych odstępach zanim się tu pojawiła. Rosły szybko jak to stare odmiany. Widać było dobrą rękę ojca. Zgrabne, rozłożyste pełne kwiatów i owoców jabłonki, śliwy, grusze, czereśnie, szklanki przedzielone krzewami otaczały dom stykając się koronami. Latała po nich. Sięgała odległych golic. Na początku choć taka drobna była największym z ptaków. Miała może z osiem lat. Później ginęła w ich gęstwinie. Z biegiem czasu ostrożnie jak kot ważyła ciężar. Za przyjemność wtulania się w zielone suknie labiryntu skrywające owoce płaciła daninę, otarć i krwi. Warto było. Tu była wolność, wyobraźnia i poczucie wyższości.

Budziły ją wiosną gruchaniem gołębi, świergotem sikorek wijących gniazda. Przechodziły cieniem przez pokoje w ślubnych sukniach. Pławiła się w białych kobiercach rozrzuconych po trawniku. Łapała ich białe roztrzepane sny. Być, być rozwianą panną młodą. Suknia z trenem, fruwające welony, muzyka wiatru śniły się po nocach. Sny znikały wraz burzą przekwitłych płatków. Ale marzenie urzeczywistniła. Koronkowy tren sunący za białą suknią był wspomnieniem rozkwitłej wiosny.

Z niecierpliwością dotykała zielonych twardych zawiązków owoców. Nabierały rumieńców w majowym słonku. Majówki, czerwcówki. Czereśnie to była jej miłość. Szczególnie jedna od zachodu oszalała z płodnością. Każdy mógł się na niej pożywić, nie skąpiła nikomu. Rozpustnica. Domownicy, rodzina, sąsiedzi, przechodnie nie opierali się jej. Zrywali owoce z nisko zwisających nad drogą gałęzi zostawiając połamaną zieleń. Miała do niej sentyment. Przy ściśnięciu sok zlepiał ręce, usztywniał je. Wolno rozgryzała owoce, wiele owoców na raz. Słodycz rozpływał się w ustach, sok ciekł po wargach. Rozkosz. Pestki strzelały we wszystkich kierunkach. Konkurencją były szpaki. Ścigała się z nimi. Kto wyżej i szybciej dopadnie owoców. Drwiły z niej w żywe oczy plując ze szczytu pestkami. Stawała się gościem w domu. Założyła rodzinę. Nie widziała już białych kwitnących kopuł sadu. Nie słyszała gwizdów kosów. Z czasem przestała obierać czereśnie. Ale nieodmiennie przywoziła z domu matki kompoty czereśniowe, różowo opalenizujace. Smak soku na wargach, twarda słodycz miąższu, pestka. Szumiał biały sad, słońce, powiew, ciepło rozlewało się po ciele. Przeżyć to jeszcze raz. Znaleźć tylko czas . Zauważyła pęknięcie na grubym pniu. Jasne wnętrze i zastygły miód. Na korze narośle, bruzdy. To nic mówiła matka .Czterdziestka. Stara odmiana, przetrzyma. Wierzyła . Osiemdziesięcioletnie lipy dziadków trzymały się dzielnie a jabłonie i grusze też kipiały. To było chyba w 2000 lub 2001. Ogród matki. Nowe ogrodzenie. Rabaty bratków, szałwi, skalniaki pośrodku. Przekwitały tulipany, narcyze i żongile. Irysy prężyły kwiaty do rozstrzelenia. Świerki podrosły. Jakoś pusto, nic nie rzucało cienia . Czereśni nie było. Popękała powiedziała matka. I to ogrodzenie. Wiesz chyba z pół tony owoców Nie chciała dalej słuchać co mówiła matka. Niecałe pięćdziesiąt lat to niewiele. Jabłonki, szklanki, gruszki, porzeczki obsypane zielonymi owocami tkwiły na swoim miejscu. Sad wiśniowy niskopienny był już przerzedzony. Schną. Krótki żywot mają nowe odmiany usłyszała. Przywiozła je z dwadzieścia lat temu. Nikt nie lubił wiśni oprócz ptaków. Popatrz jak szybko rosną tuje. Pigwa rozrosła się na kilkunastu metrach. Wykop sobie te irysy pomarańczowo-bordowe. Powąchaj, pachną cytryną i pomarańczą. Nie mogę już plewić, w głowie się kręci mówiła matka. Nie miał już kto pielęgnować ogrodu. Kwiaty, krzewy rozrastały się. Drzewa żyły swoim życiem bez zmian. Nikt z nimi nie rozmawiał. Coraz rzadziej strzyżono trawę. Ona też bywała tam rzadko. Nie dopuszczała zmian do świadomości. Dziwna funkcja umysłu , zatrzymać czas w formie znanej od pół wieku. Pojechała tam jak zwykle na jesieni od południa nie było drzew. Od zachodu rozrosła się brzoza zasłaniając całkowicie okno. Resztki skalniaków, ogników, róż, juk dogorywało. W pokoju matki, jasność, cisza. Znajomy zapach przez lata wywietrzał. Półki opustoszały. Samotny kurz bolał. W kolejnym roku nie zobaczyła już wiśniowego sadu. Co by powiedziała na to matka przemknęła myśl. . A dziś, wysoki obiekt posadowiony na całej szerokość działki uniemożliwiał wgląd we wschodnią zieleń. Popielata metalowa chłodna ściana…. Matka, matka już od siedmiu lat milczała.
9.02.2016 r

Joomla Template - by Joomlage.com