Smak

  Profesorowa Aurelia S. przechadzała się zwolna cmentarnymi alejkami, rozkoszując się kolorami jesieni i słonecznym dniem. Odwiedzała matkę, która co prawda już dawno odeszła z tego świata, ale wciąż jeszcze za nią tęskniła. Myślała o wielu sprawach, które nieustannie zaprzątały jej wyondulowaną główkę i nagle wzrok jej padł na rozłożysty, dorodny krzak cisu, obsypany czerwonymi perełkami owoców. Był taki piękny! Po chwili zadumy – a miejsce do tego przecież stworzone – zerwała garść kuleczek i wciąż zamyślona wrzuciła je do kieszeni skrojonego na miarę żakietu. Ruszyła w drogę powrotna, do domu na Gołębią. Tyle miała jeszcze do zrobienia. Aurelia S., żona znanego prawnika, profesora UJ -tu znana była w mieście z najlepszych „wieczorków kolacyjnych”, jak je sama kiedyś nazwała i trzeba było być „kimś” w Krakowie, żeby dostąpić zaszczytu na nich bywania.

Gości dobierała starannie, według pozycji, zainteresowań, ewentualnie wieku, choć z tym bywało różnie. Mieli na pewno być interesujący, barwnie prowadzić dyskusję i przy okazji zachwycać się wspaniałym jedzeniem, które im serwowała. A profesorowa S. umiała gotować. Potrawy zwykle dobierała do tematu przewodniego kolacji i tutaj jej kreatywność nie miała sobie równych. Były wieczorki kolorowe – te przerobili już w ubiegłym roku; goście przybywali ubrani w jeden wspólnie ustalony kolor i w takim też były serwowane potrawy. Były kolacje wiosenne, jesienne, letnie i zimowe, naturalnie z doskonale dobranym menu. Jutrzejsza miała być niespodzianką. Ponieważ bardzo przestrzegała parzystej liczby osób przy stole, a jedna z par przyjdzie z synem, nie pozostało jej nic innego, tylko zaprosić sekretarkę profesora, miłą skąd inąd dziewczynę, ładną i obytą, a z którą właśnie wrócił z delegacji do Mediolanu. Wie, że był z nią, choć się do tego nie przyznał, ale znalazła w jego walizce dwa bilety pierwszej klasy na samolot i jak zwykle plamy na kołnierzyku śnieżnobiałej koszuli, którą mu z wielkim oddaniem prasowała na wyjazd. Mimo oporów męża, uważała, że dziewczyna zasłużyła na takie wyróżnienie, w końcu rzetelnie wykonywała swoje obowiązki już drugi rok, wiec sama do niej zadzwoniła z zaproszeniem. Pozostałych gości łączyła wspólna pasja – podróże. Aurelia była bardzo podekscytowana tym pomysłem. Goście bywali w tylu krajach, mieli tyle przygód, wspomnień, kulinarnych też. Postanowiła zrobić im niespodziankę. Każdej parze poda danie z kraju, w którym byli ostatnio, ależ to będzie zaskoczenie! I jaka zabawa! Aż podskoczyła z radości. Trochę się napracuje, ale co tam. Długo będą wspominać to przyjęcie. Kiedy nadszedł ten dzień Aurelia witała gości w holu, jak zwykle serdecznie, pełna wdzięku, uśmiechnięta i jak zwykle doskonale ubrana. Najpierw prosiła do saloniku, gdzie mąż podawał aperitif, perlistego szampana i wyszukane koktajle. Od czasu do czasu znikała w kuchni, ostatni raz doglądając parujących garnków. Pokój jadalny błyszczał już od samego rana, w zastawie można się było przeglądać. Kiedy goście skończyli drinki, zaprosiła ich wszystkich do stołu. Jakież było ich zdumienie, gdy na swoich talerzach znaleźli dania ze swoich podróży! Śmiechom i żartom nie było końca. Doktorostwo W. ostatnie wakacje spędzili w Tajlandii. Dostali zatem Tom yam – ostro kwaśną zupę z krewetek i mleczka kokosowego z grzybami, zachwyceni mlaskali po każdej łyżce. Pewien znany aktor z młodziutką żoną, w podróży poślubnej byli w Grecji. Moussaka Aureli wzniosła się na wyżyny smaku. Delikatny bakłażan, chrupiące ziemniaczki, mięso mielone najwyższej jakości! Po prostu pycha! Poczytny pisarz, ze swoją żoną, emerytowaną primabaleriną przyszli z synem. W tym roku nie pojechali za granicę, spędzili lato na Mazurach, dostali zatem wspaniale, na masełku z cytryną i pietruszką, smażonego jesiotra. Byli w siódmym niebie. Wszyscy troje uwielbiają ryby. Młode małżeństwo dziennikarzy, ona mniej znana, on świetny reporter telewizyjny, dużo jeździli po świecie, ale wakacje zawsze spędzali w Meksyku. Na ich talerzach w obwódce ze świeżej roszponki, pyszniły się calowej, jak to się mówi w Ameryce, grubości, pięknie usmażone steki. Mięsiste, lekko różowe w środku, ze spływającą z góry kosteczką zimnego masła. So good! zakrzyknęli chórem, nie mogąc się nadziwić skąd u Aureli taka znajomość przedmiotu. Mąż z wywłoką dostali po talerzu spaghetti. A jakże, po włosku. Makaron z wołowinką w cieniutkich plasterkach, oliwą z oliwek i kolorowym pieprzem. Pod koniec gotowania tego rzymskiego specjału, profesorowa nie omieszkała dorzucić pełnej garści czerwonych kuleczek z kieszeni swojego na miarę uszytego żakietu. Pierwsza padła wywłoka. Walnęła tą swoją zbyt mocno umalowaną buźką prosto w talerz. I tak już została. Profesor wyprężył się na krześle odchylił głowę i charcząc wykrztusił jeszcze – dobre!. I tak już został. Ktoś zemdlał, ktoś krzyknął, ktoś zadzwonił po pogotowie. W tak szanowanym domu nikt by nawet nie pomyślał o telefonie na policję. I tak spełniło się marzenie profesorowej Aureli S. Goście nigdy nie zapomną tej kolacji.

Ania Okrzesik

Joomla Template - by Joomlage.com