ZMIANA,  INSPIRACJA,  NADZIEJA

miniLISTY

- Witamy na pokładzie..., nasz lot będzie trwał osiem godzin. Planowany przylot na lotnisko w Montrealu o godzinie 13.30 czasu miejscowego…
Miły głos stewardessy dochodzi do niego jak zza grubej szyby.
Jedno jest pewne. Siedzi w samolocie. Udało się. Po trzynastu wizytach na MO, pełnych upokarzających pytań i prowokacji, dostał pozwolenie na wyjazd. Stwierdzili, że mają go dosyć… i dobrze. Wreszcie. Za osiem godzin zobaczy brata. Swojego brata!
Ma czas, aby pozbierać myśli, w spokoju jeszcze raz przejrzeć listy, które pisał przez dwadzieści lat.
Wyciągnął z aktówki plik starannie zapakowanych kopert. Odbiorca, do tamtego dnia, nieznany.

Teraz już znany. Córunia pięknie wykaligrafowała adres. Canada – Toronto, Ontario.
Uśmiechnął się na wspomnienie reakcji syna.
- Tata. To ja mam kuzyna. Całe szczęście. Wszędzie same baby. Nie będziemy odmawiać „Wieczne odpoczywanie za stryja.”
Dwadzieścia lat. Tyle lat tęsknoty, poszukiwań, wciąż utrącanych nadziei. Nikt już nie chciał wierzyć, że on żyje, ani nawet rozmawiać o nim. A on czuł…, więc pisał listy. Pierwszy w 1945 roku, zaraz po zakończeniu wojny.
Czy on pamięta mamę ? Odeszła tak wcześnie. Był to rok 1934. Miał wtedy dziewięć , a brat siedem lat. Potem koszmar Świąt Bożego Narodzenia w 1939 roku. Ojciec nie doczekał już Nowego Roku. Serce nie wytrzymało. Zostali z nią, trzecią żoną ojca. Nigdy nie powiedział do niej „mamo”. Mamę ojciec przywiózł z daleka. Po 1918 roku nie było już czego szukać w Odessie, która stała się stolicą Odeskiej Republiki Radzieckiej. Wobec rozszerzającej się w zabójczym tempie „zarazy bolszewickiej”, zdecydowali się na wyjazd do rodzinnych stron ojca. Z ukochanym meblami, pamiątkami i „siedmiostrunną” gitarą. Rodzice mamy nie chcieli wyrazić zgody na małżeństwo z wdowcem z dwójką synów z pierwszego małżeństwa. Ale ona nie wahała się. Porzuciła dla ojca nawet ukochaną naukę śpiewu. Nigdy więcej nie zobaczyła swoich bliskich. Prawdopodobnie w 1922 roku podzieli los wielu polskich rodzin. Przepadli w głuszy Syberii.
Trzecia żona ojca, nie ukrywała, że oni dwaj to „skaranie boskie”. Dwóch trudnych do okiełznania urwisów z pomysłami nie z tej ziemi. Miała przecież swojego prawdziwego, ukochanego syna.
On nie zapomni tego dnia do końca życia. Mroźna zima 1944 roku. Poszedł jak zwykle na lekcje. Nauka była balsamem dla jego zbolałego, chłopięcego serca. Sprawiała radość i dawała nadzieję. Stary profesor mówił : „Po wojnie, która przecież kiedyś się skończy, będziesz potrzebny. Ktoś w tym kraju musi umieć budować, a nie tylko wojować”.
Brat poszedł z chłopakami na pobliski dworzec towarowy. Wiele razy udawało im się przynieść do domu resztki węgla, które spadały z wagonów jadących do Niemiec. Tym razem mieli pecha. Zostali ostrzelani przez straż niemiecką. Im udało się uciec, a brat nie wrócił. Chłopcy widzieli, jak przepadł w jakimś wagonie. Wszelki ślad po nim zaginął. Na tyle lat.
Aż do tamtego czasu.
To był wiosenny dzień 1963 roku. Zaprzyjaźniony listonosz przyniósł list z Polskiego Czerwonego Krzyża. Serce waliło jak szalone. Otworzył.
Brat został odnaleziony w Kanadzie. Mieszka w Toronto. Potem twierdził, ze wysyłał listy na adres rodzinnego domu…. Nie dochodziły.

W wagonie, w którym ukrył się miedzy węglem, dojechał aż do Niemiec. Wojnę przetrwał w Niemczech, gdzie oszczędzono go ze względu na aryjski typ urody. Kierowany był do różnych robót. Po wojnie, przez obóz przejściowy w Belgii, dostał się do Kanady.
Prosił, aby nie pytać o szczegóły. Może kiedyś opowie.

A on do niego regularnie pisał listy z Polski. O wszystkim. O codziennych sprawach, samotności, niezgodzie na rzeczywistość, bezsilności, o krzyku zdławionym w gardle. Ale również i o planach, ambicjach, marzeniach. Że ta Polska, to nie do końca jego Polska, ale się uczy, kończy przyspieszone Liceum dla Dorosłych. Potem z dumą, że studiuje w Krakowie. Będzie budował drogi i mosty. O tej smarkuli, w której się zakochał, a ona z niego kpiła. Poznał ją, bo szukała kogoś, kto podciągnie ją z matematyki. W końcu została jego żoną, ale strasznie uparta.
Rodzice 1950


W wakacje jeżdżą kąpać się na pobliskie Górki Szczukowskie. Jeziorko takie samo jak z czasów ich dzieciństwa. Źródełko również. A las stoi. Piękny i dostojny. Wojna go nie zniszczyła.

Już się cieszy. Brat napisał, że jak tylko odpocznie, tam na miejscu w Toronto; pojadą jak za dawnych czasów na ryby. Jeziora są ogromne, a woda krystalicznie czysta.
- Proszę zapiąć pasy. Witamy w Kanadzie. Zbliżamy się do lądowania. Życzę Państwu przyjemnego pobytu…
Kłębiaste chmury za oknem przerzedzają się, zmieniają kolor. Pojawia się czyste, błękitne niebo.


EPILOG  OSOBISTY

Tę historię mojego ojca wydobyłam z zakamarków dziecięcej pamięci, odkrywaną w sobie na nowo po upływie ponad pół wieku. Odnajduję ją w powtarzającym się motywie drogi następnych pokoleń naszej rodziny, rozrzuconej w różnych miejscach świata. Z perspektywy już bardzo dorosłej dojrzałości mogę stwierdzić z całą pewnością: - zrozumienie jest kluczem do miłości.
                                                                                         Anna Żeber

 

Joomla Template - by Joomlage.com