MOJE NAŁOGI

    Nałóg czyli uzależnienie. Przyjęte jest, że to coś złego, coś, co opanowuje człowieka, jego zmysły, kieruje jego zachowaniem, mimo że rozsądek przestrzega: „nie rób tego”. Więc odpowiada rozsądkowi „ostatni raz to będzie, na pewno”. Jeżeli ten papieros, kieliszek, ruletka, skręt, czy inne „moce” okażą się nie być ostatnie, to znaczy że rozsądek przegrał, stracił władzę.
Nałóg wyniszcza. Fizycznie i psychicznie. Szkodzi nie tylko temu, który mu uległ ale boleśnie odbija się na jego bliskich. A początki bywają różne. Najczęściej ciekawość, chęć zaimponowania, obawa przed odtrąceniem przez towarzystwo...

Często kończy się na jednej próbie i wraca się do normalności, codzienności, ale bywa, że nie ma odwrotu, zwłaszcza w ekstremalnych sytuacjach życiowych: kiedy jest bardzo źle, wręcz tragicznie, albo tak dobrze i bogato, że nie jest się w stanie wyskoczyć z maszyny pędzącej za „więcej! lepiej!” Dodatkową doskonałą pożywką dla nałogu jest samotność (w tłumie), brak otwartości, problemy egzystencjalne.

    A ja? czy jestem uzależniona? Na pewno bywam, ale nie wiem czy jestem.
Szczęśliwie, jako zadiakalna bliźniaczka, jestem w ciągłym ruchu, niecierpliwa, potrzebuję zmian,  więc zanim zdążę wpaść w coś po uszy, to pojawia się inna „atrakcja”.
    Pasja, zamiłowanie do czegoś – samo w sobie o znaczeniu raczej pozytywnym, też może przerodzić się w nałóg. Mnie właśnie coś takiego dopadało.
Ileż to razy mleko wykipiało, ziemniaki się przypaliły, dziecko płakało bo głodne albo w mokrych (oby tylko!) pieluchach, a ja – w jednej osobie matka, gospodyni domowa, kobieta pracująca i... no właśnie? Zaczytana w jakiejś lekturze nie czułam, nie widziałam, nie słyszałam. W nocy wysuwałam się z rozgrzanej pościeli, bo potrzeba dokończenia lektury była silniejsza niż sen.
    Kolejne uzależnienie to praca. Brałam jakieś dodatkowe prace i ślęczałam wieczorami: jeszcze godzinka, dwie, żeby skończyć. Rano ból głowy, podpuchnięte oczy, złość na cały świat.
Nerwy trzeba ukoić. Doskonała terapia to robótki drutowo-szydełkowe. Oh, jakże mnie uspokajały! Mniej spokojnie za to podchodziłam do spiętrzonych obowiązków domowych zaniedbanych przez te uspokajające zajęcia. Samo życie.
    A komputer, internet!? Wiadomości, mejle, zdjęcia, pasjansik też i owszem. A czas ucieka i rozum podpowiada „wyłącz to cholerstwo”. Na szczęście odzywa się telefon. Ktoś bliski opowiada o swoim problemie, no i … oczywiście jestem gotowa. Nie odmówię pomocy. Od rozmów, niekoniecznie telefonicznych, jestem uzależniona. I od pomagania innym. Jak się zachować – radzi Ewa. Jak ugotować, kiedy posadzić, dokąd pojechać, co ubrać, co podarować, gdzie znaleźć. Porady praktyczne ale nie tylko, przecież dusza też bywa w potrzebie. Dzielenie się doświadczeniem, wspomnienia, wymiana opinii na rozmaite tematy, słuchanie i opowiadanie. Sprawy ważne, poważne i ploteczki. Problemy są różne więc albo pocieszam i pomagam wyjść „z doła”, albo ustawiam do pionu i mobilizuję do działania.
Wiem, że te rozmowy zabierają mi mnóstwo czasu (ale to mój czas!), że mogłabym go wykorzystać   jakoś inaczej, dokształcać się, zrobić coś mądrego (a czy to co robię jest głupie?), pożytecznego (bardziej pożytecznego?), ale z drugiej strony trzymają mnie przy życiu. Chcę czuć, że jestem potrzebna. Z tego nałogu (?) dawania nie chcę się wyleczyć, mimo że czasem rozum ostrzega, że „po drugiej stronie kabla” ktoś może wpaść w nałóg brania.
Usprawiedliwiam się, że to nie jest „zły” nałóg. Na emeryturze jestem panią swojego czasu. Sądzę, że nikogo z bliskich w jakiś znaczący sposób nie zaniedbuję no i wydaje mi się, że mam nad sobą kontrolę. A jeżeli będą jakieś niepokojące oznaki – od czegóż jest telefon? Zadziała w drugą stronę.
A na koniec jeszcze jedna myśl – o uzależnieniu od SAGOWYCH spotkań powinnam napisać całkiem nową opowiastkę.

Ewa Zdziejowska

Joomla Template - by Joomlage.com