dzialkaDrogi panie Antoni

  Pytasz pan, pnie Antoni, co się ze mną działo, że tak długo do pana nie pisałam. Przeprosić pana za to niepisanie chciałam i poprawę obiecuję. Bo widzisz pan, kiepściunio ze mną było, od pióra mnie odrzucało, a nawet i od życia. Żyły sobie chciałam podcinać, własną pięścią się zabić, byleby tylko ten ból co mi duszę i ciało szarpał ukrócić. A zaczęło się wszystko od tej durnej głowy, co to mnie non stop bolała i bolała - aż do ogłupienia.

 

Któregoś popołudnia przyleciała do mnie Anulka, przyjaciółka moja od serca - znasz ją pan zresztą jak ten zły szeląg - spojrzała na mnie z obrzydzeniem i powiedziała:
- wyglądasz jak przeżuta podeszwa. Weźże sobie, szczęście ty moje, działką marychy, wypal, pozaciągaj się, zrelaksuj. Świat stanie się piękniejszy, a migrenę szlag trafi.
Ponoć przyjaciel najlepszym lekarzem i cudotwórcą bywa, no to pomyślałam sobie, a niech tam, sztachnę się, może mi przejdzie. Nie będę się rozwodzić jak mi się udało działkę marych zdobyć, powiem tylko, że łatwiej w kosmos polecieć niż pod Wawelem skręta kupić. Ale miałam farta, bo druga moja przyjaciółka, ta za którą pan zawsze tak oczami strzela, choć wiesz pan dobrze, że zazdrosna jestem okrutnie, zna takiego dziobatego, który zna łysego, a ten łysy miał dojścia i załatwił. Jak sobie zapaliłam, to faktycznie, świat zmienił się w krainę marzeń. Wszystko mi się podobało, wszystkich kochałam i wszyscy, o dziwo, kochali mnie. A w głowie panie Antoni, to ja rajskie motyle miałam, anielską muzykę, a nie te upiorne młoty. Następnego dnia znowu pognałam do dziobatego. I tak przez nie wiem ile kolejnych dni. Aż w końcu kasiora mi się skończyła, z domu wszystko co miałam spieniężyłam i tylko obrazu Malczewskiego, co to go od babki nieboszczki w spadku dostałam, nie sprzedałam. Babka, jak pan wiesz, cholera była straszna, to pewnie do końca życia by mnie za to straszyła, a czego jak czego, ale duchów to ja się panicznie boję. Siedziałam, gapiłam się na obraz, a głód miałam taki, że za jedną działkę duszę bym oddała. I wtedy przyszedł do mnie Mareczek. Przyjaciela udawał, że niby ja taka biedna, taka spicniała, i że on ma dla mnie działkę skombinuje. A Malczewskiego weźmie na przechowanie, żeby mnie jakieś głupoty nie naszły. Mam mu tylko podpisać papier, że obraz w areszt zabiera i zaraz po działkę pojedziemy.

Panie Antoni, ja już miałam takiego świra w głowie, że podpisałabym nawet wyrok śmierci na siebie, a nie zgodę na to, że Malczewski u Mareczka przezimuje. Podpisałam bez czytania i pojechaliśmy.
I nie uwierzysz pan, co ten zdrajca, ten lampucer mi wywinął.
Ja myślałam, że pod Wawel jedziemy, a ten mnie do Balic wywiózł, przez jakieś chaszcze prowadził, aż w końcu zatrzymał się i powiedział, że to jest moja działka. Nigdy w życiu tak się nie wkurzyłam jak wtedy. Ręce mi się trząść zaczęły, mroczki przed oczami latały, myślałam że ducha wyzionę. Złapałam go za szyję, dusić zaczęłam i z łzami w oczach zaczęłam błagać – działkę, daj mi działkę, obiecałeś.
A on śmiał się ze mnie, jakieś słupki pokazywał, jakieś granice, że niby ta działka jest stąd dotąd, i że domek też mój, i że tu mam klucze, i że teraz działkowcem jestem, a nie jakąś ogłupiałą ćpunką.
Zatkało mnie na moment, co Mareczek perfidnie wykorzystał i prysnął w siną dal.
Usiadłam na progu tego mojego, pożal się Boże, rozlatującego się, nowego domku i rozryczałam się jak głupia. Już ja ci Marku, oszuście jeden, pokażę. Zobaczysz, co ja na tej działce uprawiać będę. Apopleksja cię trafi jak moje zbiory zobaczysz. Już ty mnie popamiętasz.
A potem, panie Antoni, rzuciłam się na te widły, łopaty i grabie, co je w szopie znalazłam. Jak zaczęłam te moje sześć arów przekopywać, trawę gołymi rękami wyrywać, palcami ziemię przesiewać, to nie uwierzysz pan, ale już po trzech miesiącach całą działkę przeryłam. Tyle tyko, że bąble i odciski zrobiły mi się wielkie i sine jak meduzy, krzyż mi pękał, ale za to ciało mam teraz smukłe, a sflaczałe muskuły stwardniały jak po sterydach. U pryszczatego nasionka kupiłam, posiałam równiutko i czekałam. Codziennie rano i wieczorem podlewałam, mszyce, choć obrzydliwa jestem, gołymi rękami zbierałam i całe tony chwastów wyrywałam. I tak dzień w dzień. Żadnego odpoczynku i czasu na myślenie o głupotach. Do tego doszło, że każda roślinka swoje imię miała i rozmowy z nimi długie, a uczone prowadziłam. W trakcie tych rozmów chałupkę pomalowałam, nowym dachem pokryłam i werandę dobudowałam. Któregoś dnia siedziałam sobie na na mojej pięknej werandzie, piwko popijałam, a tu widzę, że w krzakach ktoś się skrada. Trochę się nawet przestraszyłam, ale nie za bardzo, bo kij beisbollowy pod ręką miałam. Patrzę, a tu z krzaków wyłania się ręka z pękiem białych róż, a za różami wystawia rozczochrany łeb Mareczek.
Złość na niego już dawno mi przeszła, więc gałązkę oliwną w postaci róż przyjęłam i po drugie piwo do lodówki skoczyłam. Siedzimy sobie pospołu, stare czasy wspominamy, a ja czekam kiedy on wreszcie zauważy, jak pięknie mi marycha urosła. Piwko się skończyło i wtedy on mnie pyta, po co tyle pietruchy posadziłam.
Gdybyś nas pan wtedy, panie Antoni, zobaczył. Najpierw goniłam tego zdrajce po wszystkich ogródkach, ale on zwinny i szybki, szans nie miałam drania dogonić, a zresztą, nie po to goniłam żeby złapać. No bo co bym z takim złapanym zrobiła? Pocić się zresztą nie lubię, więc odpuściłam. Jak ten cwaniak zorientował się, że go nie gonię, to też się zaraz przywlókł i do piwopoju się dorwał. Spojrzałam na tą moją pietruszkę i taki śmiech mnie złapał, że opanować się nie mogłam. Po chwili oboje zarykiwaliśmy się bez końca. 

Z pietruszki skrętów robić nie będę, choć pewnie byłyby zdrowe, a zresztą jakoś do tej marychy zupełnie serce straciłam.
W ramach przeprosin za niepisanie, wysłałam panu, panie Antoni, pięćdziesiąt kilogramów moich zbiorów. Sama ekologia. Zdrowa, dorodna, wypieszczona. Zrób pan z niej jakieś nalewki, dżemy, soki. Jak panu zabraknie to w każdej chwili mogę podesłać więcej. Malczewski znowu wisi u mnie na ścianie, a z Mareczkiem sztam taka, że w przyszłym roku nie tylko pietruszkę razem posiejemy, ale rownież rzepę i brokuły. Obiecuję panu, panie Antoni połowę przyszłych zbiorów. Nalewka z rzepy, nalewka brokułowa – brzmi świetnie. Już dziś obmyślaj pan receptury. Teraz lecę do Anuli, podziękować jaj za dobrą radę co życie mi uratowała. W podzięce mam dla niej "słuszną działką" pietruchy. 
Ściskam
Pana ulubiona była ćpunka

Komentarze   

0 #3 Jolanta 2018-08-24 12:41
Oczywiście że Mareczek nasz, i Anulka też nasza, i cała cudowna reszta też nasza.
Cytować
0 #2 Ania Ż. 2018-08-21 23:31
Jola. A ten Mareczek to jakby nasz. Niezłe ziółko... A tekst. No, no, no...
Cytować
0 #1 Anulka 2018-08-20 20:52
Serdecznie się uśmiałam Joleczku! Przygody ze mną zawsze Ci wychodzą na zdrowie;))
Cytować

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież

Joomla Template - by Joomlage.com