Dwie decyzje

Po jej śmierci takie zamieszanie, ludzie wchodzili i wychodzili, mocny zapach kwiatów i kadzideł sprawiał, że tylko w połowie był przytomny. Ale kiedy wreszcie wszyscy nasycili się żałobą, a on obudził się rano jakby wypoczęty, to pomyślał, że nie pozwoli, aby w ten sposób to wszystko się kończyło. Nie, to ponad siły dla niego żyć samotnie i z wiecznie naburmuszoną teściową.
I zawsze praca, praca, praca.
Długo w Internecie szukał numeru, denerwował się, ale wreszcie znalazł.
Och, był spocony, kiedy wieczorem, zostawszy już sam w dużym pokoju, gdzie paliła się tylko jedna lampka, wziął do ręki telefon. To była w jego mniemaniu słuszna decyzja.
- Haaloo, czy mówię z panem…
- Tak, o co chodzi.
Wyjaśnił. Żyli krótko ze sobą. Kobieta jeszcze młoda, choroba nie zdążyła zniszczyć jej ciała i ludzie mówili, że w trumnie wygląda jak żywa. No, krótko po konsultacjach odeszła.
- A więc – wybąkał - czy nie mogłaby po prostu wrócić?

kot1Powrót kota

   Jesteśmy w lesie. Późne lato. Robi się coraz ciemniej, bierze lekki ziąb.
Warto by było schronić się w domu, zapalić światła i napić się czegoś ciepłego. Ale nie, słyszymy powtarzający się dźwięk -nieprzyjemny, przejmujący, skarżące się kocie miauczenie. Co za kot, jaki kot ? Przecież to nasz… Bo w tym lesie innych kotów nie ma.
Więc szukamy: górą, dołem, przez las, uparcie. Latarka kiepska, ale nic. Miauczenie czasami zacicha, albo zbliża się lub oddala. Drzewa, na które spoglądamy z rozpaczą, w górze są coraz ciemniejsze i tajemnicze. Ale przecież tam, tam na wierzchołkach gdzieś musi być nasz kot! Wołamy po imieniu i nic.

Trudno było, ale…

„Trudno”- zwykłe słowo, które zawiera gorycz. Wytarte. Laska, którą można się podeprzeć i częściowo przed sobą wytłumaczyć. Oznacza przede wszystkim rezygnację, ustępowanie światu. Mówimy też, że „można było ale…” I owo ale jest decydujące. Policzmy: ile było w naszym życiu różnych chwil, trudnych i nie, kiedy to ale i trudno triumfowało. Pewnie trochę.
Powiem więcej, tym słówkiem „trudno” odpędzamy od siebie bliźnich. Bywa, że nie jesteśmy skłonni do pomocy, nawet do zwykłego zrozumienia. Rozterki nad czyimś niełatwym losem to tak, jakby się przymierzało za ciasne buty.

Grzeszność

  Wzrastałam w poczuciu grzeszności. Rodzice mi wiele zapewniali, oczywiście w ramach określonych przez PRL, ale zapewnili też kontakt z religią, utrzymywany dzięki niedzielnym mszom i naukom w salce katechetycznej, gdzie po raz pierwszy zabiło mi serce, bo zakochałam się w księdzu. Pamiętam, jak bardzo byłam niespokojna przed każdą spowiedzią, ile czasu poświęcałam namysłowi nad każdym grzechem. (Czasami myślałam w skrytości, że niektóre z tych grzechów są dosyć przyjemne). I tak, nie wiedząc o tym, budziło się moje tak zwane sumienie. Właśnie w tym rozdwojeniu, wątpliwościach, we wstydzie i poczuciu winy. Odkrycie ważne: bo przecież odkrycie własnej duchowości.
Ale grzech jako fakt, przynosił nowe pojęcie - zadośćuczynienie. I z nim było kolejne zmartwienie. Grzech na pewno tracił „na wadze” jeśli towarzyszyło mu odkupienie. Trzeba odkupić grzech – mówiono. Ale za jakie pieniądze? Nie, nie za pieniądze: trzeba było ukorzyć się, zrezygnować z własnej dumy i przepraszać rodziców, koleżankę, niemiłą sąsiadkę albo nauczycielkę. Były też grzechy niewątpliwie najcięższe, które wymagały długich modlitw, klękania przed świętym obrazem, który w naszym domu przedstawiał Matkę Boską Częstochowską. Czy widziałam w swoim otoczeniu grzeszących? Raczej nie. „Chora” byłam tylko ja.

Jego skarb

Któż nie myśli o tym jednym szczęśliwym trafie zmieniającym wszystko?
„Dobra psu i mucha” mawiał wujek. A jednak, nieśmiałe marzenie tłucze się w głowach, choćbyśmy nie wiem jak się zarzekali, że jest ono z gatunku śmiesznych.
Wygrana w totka? A może nagły spadek? Prawdziwe szczęście poznania kogoś? Właściwie co wchodzi w rachubę, kiedy opowiada się o skarbach? Przecież nie żadna zasługa, że się dany skarb odkryło. Owszem, podróż morska może być długa, pełna trudności, ale przecież można żeglując niechcący minąć tę jedną jedyną wyspę.
Poza skarbami o charakterze materialnym są i takie, które określić można jako zdobywanie pewnej znaczącej świadomości. Tak, to są wielkie zdobycze, otwierające na przykład - nowy rozdział w życiu.
Podam przykład.

Barbara Ziembicka

Powrót kota

Jesteśmy w lesie. Późne lato. Robi się coraz ciemniej, bierze lekki ziąb.
W takiej sytuacji warto by było schronić się w domu, zapalić światła i napić się czegoś ciepłego. Ale nie, słyszymy powtarzający się dźwięk - nieprzyjemny, przejmujący, skarżące się kocie miauczenie. Co za kot, jaki kot – przecież to nasz kot! Bo w tym lesie innych kotów nie ma.
Więc szukamy: górą, dołem, przez las, uparcie. Latarka kiepska, ale nic. Miauczenie czasami zacicha, albo zbliża się lub oddala. Drzewa, na które spoglądamy z rozpaczą, w górze są coraz ciemniejsze i tajemnicze. Ale przecież tam, tam na wierzchołkach gdzieś musi być nasz kot! Wołamy po imieniu i nic.
Zeszliśmy pół lasu i wreszcie jest. To drzewo i ten kot. Ale historia. Jakim czarem sprawić, żeby kot znów był z nami, zszedł i nie płakał? Nie znamy takiego czaru.
Całą noc nie spałam, całą noc wsłuchiwałam się, chcąc nie chcąc, w ten jego miauk nieubłagany. Skąd u zwierzątka takie siły…
W porannej szarówce pobiegłam do sąsiadki i jej chłopak wszedł na wysoki, kołyszący się od wiatru świerk. W emocji i w strachu o niego i kota patrzyłam końca operacji. I w końcu kocik smyrgnął między nogami. Spotulniały, spragniony i głodny był.
„O, wrócił kot!” – powiedziały obudzone dzieci.

Joomla Template - by Joomlage.com