dla Heleny

Telefon

Sobotni wczesny ranek w Krakowie, za oknem bury świat trzeszczy od mrozu i pachnie czadem, bo miasto musi jakoś się ogrzać. W kuchni brzęczy telefon. To pewnie odpowiedź na mój SMS, w którym informuję Obrażonego-od-Tygodnia, o tym że wyjeżdżam dziś, a nie za tydzień, jak wcześniej zapowiadałam. Przeoczenie w datach. Czasem się zdarza. Mnie często. Że mamy jeszcze trochę czasu, bo jak wie, lot jest wieczorem.

Nie pomyliłam się. Rozmowa jest maksymalnie krótka, oboje naburmuszeni, ale nie na tyle, aby zrezygnować z pożegnania. O odprowadzaniu na razie nie ma mowy.

LISTY

listyTekstów, które dziś otrzymujemy i wysyłamy nie da się ani powąchać, ani czule podotykać, nie widać też na nich charakteru pisma. Człowiek nie wie, czy byłyby to kulfony? zdobna kursywa? krągły maczek? w prawo,  czy w lewo pochylone ?
Grafolog nie miałby wiele do popisu studiując dzisiejsza korespondencję.
Ale to jeszcze nie wszystko. Dawniej też pisano niektóre listy na maszynie.
Najważniejszy jest odbiór - w sekundy po wysłaniu, czyli natychmiastowa obustronna gratyfikacja. Łączność non-stop, jeśli ktoś sobie życzy.
Mimo to cieszę się, że miałam szczęście żyć w czasach oczekiwania na listonosza. Było to frustrujące, ale sprawiało że listy były jakby ważniejsze i zawierały więcej z nadawcy. Geograficznie odseparowana od bliskich przez długie lata, otrzymywałam i pisywałam ich mnóstwo.
Parafernalia listowe przechowuję do dziś z sentymentu; znaczki, naklejki, ciekawe koperty, artystyczne widokówki, zasuszone kwiaty, antyczne noże do otwierania kopert i wieczne pióra - czekają na swój lepszy czas. Również kałamarze ze zwietrzałym atramentem.

W Richmond listonosz pojawiał się przeważnie o 8-mej rano, czyli tuż przed moim wyjściem do biura i był często przyczyną moich spóźnień do pracy.

Myśli o Zmroku

Jest taka poetka, nosząca pseudonim Laurence Hope, której strofy mnie dawno urzekły. Żyła krotko, ale żarliwie i w większości w Indiach, zmarła w 1904 roku w wieku 39 lat. Korzenie miała irlandzkie, naturę i styl pisania osobliwe. Wydała tylko trzy szczupłe zbiory wierszy. Z jej życia mógłby powstać fascynujący film, co planowano, ale nie zrealizowano.
Laurence na imię miała właściwie Adela Florence, z domu Cory, po mężu Nicolson. W Anglii obecnie jest zapomniana, a przynajmniej niszowa.
Wybrałam jej wiersz "Strach dżungli" ponieważ jest o specyficznym, przedwiecznym niepokoju, ale jest również metaforą.
Zamiast streszczenia spróbuję wiersz przetłumaczyć.
Doświadczenie wojskowego obozu rozbitego na skraju dżungli, o czym również jest w wierszu, nie było Adeli obce. Nie mówiąc o tym, że przebrana za chłopca, pełniła niekiedy rolę adiutanta swego dużo starszego męża, podczas jego karkołomnych misji wywiadowczych na granicy Indii z Afganistanem.
Mąż, późniejszy generał Armii Brytyjskiej, był oficerem niekonwencjonalnym.
Z pochodzenia Szkot, poliglota, bardzo przystojny i niemal obłąkańczo odważny. Swoje misje podejmował nierzadko przebrany za tubylca, doskonale posługując się miejscowym dialektem.
Adela natomiast była drobniutka i niewielka. Posiadała jednak wielką wrażliwość, wyobraźnię i nietuzinkowy charakter. Rozumieli się doskonale, ale jej pasje i poezja nie tylko męża dotyczą. A teraz już wiersz.

K o b i e t y

Moje myślenie idealistki, również na temat kobiet, ma swój początek w organicznym 'sprzeciwie do podziałów' i w potrzebie harmonii, ale takiej by pozwalała na indywidualność.
Ponieważ wszyscy, niezależnie od płci, zaczynamy od tego samego, czyli od bycia człowiekiem, myślę że ulgi i przywileje nie należą się żadnej ze stron.  Co, oczywiscie, nie powinno przeszkadzać we wzajemnej fascynacji.
Owszem, biologia przydzieliła obu stronom jakieś role ale na to nie mielismy większego wpływu. Szkoda że, w dalekiej przeszłości i obecnie, sporo się przy nich majstruje, w imię różnych dobrych intencji, lub uznanych za dobre. Nadgorliwość w tworzeniu tych podzialow okazywała się jednak nieszczególnie korzystna dla ktorejkolwiek ze stron.
Żeby jednak nie zejść na ponure kaznodziejstwo - myśle że, bycie kobietą jest m.in. dlatego kobieco przyjemne, ponieważ przeglądamy się w męskim lustrze.
I odwrotnie.
Daje to obu stronom poczucie pozytywnej inności, jesli nie uroku, a przy okazji, w większości przypadków, zapewnia gwarancje przetrwania gatunku...

Podobno karnawał w Krakowie właśnie minął i smucić się już można... spróbuję nie zachęcać do tego, pomimo tematu, swoją drogą - chyba najważniejszego w życiu.

PRZEMIJANIE

przemijanieRzekomo od pewnego wieku zdarza się ludziom częściej uczestniczyć w pogrzebach niż w innych uroczystościach. Pewnie nie z przypadku, ale dla zahartowania się.
A jeśli tak, to może dobrze byłoby tę nieprzyjemną Przemijalność jakoś sobie oswoić, co oczywiście, do tej pory niewielu z gatunku myślących zupełnie się udało, a wręcz wcale. Nawet jak mówili, że tak.
Nie szkodzi, pocieszeniem może być to, że życie, samo w sobie, jest podobno Cudem. Że tak łatwo się nie urodzić. Że nawet w drewnianym kościele może spaść nam cegła na głowę, etc, etc...

SPRZĄTANIE

Przywracanie lub wprowadzanie porządku, harmonii, estetyki, jasności i ładu gdziekolwiek jest na pewno pożyteczne i może świadczyć o cnotach czyściciela.

Mój osobisty stosunek do 'sprzątających czynności' jest, z reguły, uzależniony od nastroju i konkretnej potrzeby, raczej niż rytuału czy chwalebnego nakazu sumienia.
Po prostu, jeśli już czegoś któryś z kolei raz nie potrafię w domu czegoś odszukać , albo pilnie potrzebuje przestrzeni i ładu w myślach, to wtedy wiem ze jest to ten czas na poukładanie rzeczy, relacji wokół mnie albo pożegnanie się z nimi, co może okazać się niekoniecznie kojące...

Ogólnie, idealnie wysprzątane domy, mieszkania, biurka i dusze, zwykle, trochę mnie straszą, być może obawiam się sterylności ich właścicieli i tego ze moja nie-idealna obecność wnosi zamęt.
Natomiast niektóre dopracowane porządki, jak np. ładnie przygotowany do posiłku stół albo dyskretnie dziki ogród, sprawiają mi wiele przyjemności.

Myślę ze taki mały sobie nieporządek może być nawet miły i relaksujący, jeśli nie psuje go zasiedziała nieświeżość i nie gnębi poczucie winy.

Ulubione wiersze

poezjaZe względu na limity czasowe spotkania wybrałam Haiku.
Autorem jest Japończyk Basho (1644-95), prawie rówieśnik Szekspira.

Godny podziwu
Ten kto nie pomyśli  "życie mija"
Widząc błyskawicę

Poeta sugeruje : jeśli coś tak niesamowitego jak błyskawica znika w ułamku sekundy to nasz bunt przeciwko przemijaniu życia pewnie nie ma sensu. Basho ma jednak podziw dla tych którzy wierzą inaczej. Można to również odczytać jako łaskawą ironię wobec tych, co nie myślą, lub wobec tych którym brak uważności.
Podejrzewam też, że logika poety jest jego własnym sposobem na obłaskawienie przemijania.

Moja Pierwsza Praca

Nieoficjalnie zatrudniono mnie już w wieku lat pięciu, ponieważ wtedy moim rodzicom urodził się syn, a ja brutalnie przestałam być najmłodszą w rodzinie. Była to praca bez wynagrodzenia, chociaż z licznymi obowiązkami, które wcale mnie nie zachwycały.
O związkach zawodowych wtedy jeszcze nie słyszałam więc uprawiałam swoją własną metodę dochodzenia praw do świętego spokoju. Po prostu w rozwrzeszczany otwór w twarzy „naszego Frania" wpychałam na siłę smoczek. Dziecko dziwnie błękitniało, ale jakoś przeżyło i ciągle ma się nieźle.

W tym samym czasie miałam również inną pracę, dorywczą, ta była trochę płatna, ale niestety tylko w naturze. Mianowicie, recytowałam dla starszych wierszyki, najchętniej za wynagrodzeniem. Jakieś pochwały i głaskania po głowie były owszem akceptowalne, ale za takie rzeczy moja widownia dostawała tylko recytacje krótsze. Te dłuższe jak na przykład „Przeleciał gołąbek przez wysoki dąbek, zobaczyć u Kasi jaki tam porządek" szedł w kilkanaście wersów i był wykonywany wyłącznie za porządne łakocie.

Joomla Template - by Joomlage.com