maly krywanSkąd brać radość

Najgorsze jest wstawanie. Budzę się, zanim zaterkocze budzik. Czuwam w oczekiwaniu na świt.
Jedziemy w góry, na Słowację. Pakuję kanapki, banany, herbatę z miodem i cytryną na rozgrzewkę. Ruszamy. W Krakowie mgła rozlewa się w ulicach.
Piotr mówi – Będzie dobrze, tak jest tylko tutaj. Sprawdzałem prognozy, murowane słońce.
Zatrzymujemy się i tankujemy na stacji . Lubię je, ich metaliczny zapach benzyny i kawę z automatów.

Piękno.

Przykucnęła. Oparła brodę na krawędzi i wpatrywała się w mleczno - różowy pryzmat , wielkości piłki futbolowej, ustawiony na środku stołu. Uprzątnęła blat i parapet za nim, tak żeby nic nie zakłócało widoku.
- Tylko proszę ostrożnie – młody kurier wręczył jej przed chwilą dużą paczkę.
- Widzi pani ten nadruk „ uwaga szkło”.
Trzymała ją delikatnie w dłoniach. Nie było nadawcy, ale i tak wiedziała kto nim był. A teraz patrzyła skupiona, zafascynowana wnętrzem rozświetlonym promieniami słonecznymi i pozwalała przepływać w myślach obrazom.
Kłębom chmur zaróżowionych brzaskiem, nad głowami małych wędrowców, na wiejskiej drodze pod lasem.
Kopiącym powietrze piętom, maleńkich dziecięcych stópek, nadających rytm jej sercu.
Pełnej piersi , wymykającej się z rozcięcia bluzki dziewczyny wirującej na łące.

Pieniądze

      Coś poszło nie tak. Czy naprawdę nasz wódz mocarny, odważny, wzbudzający postrach, z czarnym warkoczem, który jak wąż wił się na jego plecach, powiedział te słowa ?
- Jakże mi żal was i tych co stracili życie, waszych mężów, ojców i braci. Mówił, a po jego ciemnej kamiennej twarzy ciekły łzy.
A zdarzyło się to po powrocie z wyprawy na te białowłose małpy, które przywlekły się do nas nie wiadomo skąd. Zgromadziliśmy się w jaskini. Poranieni i ci co uszli cało, przyniesiono też zabitych. Wszyscy usłyszeli słowa i zobaczyli łzy. Zamarliśmy w oczekiwaniu. Wtedy z głębi groty w krąg światła wypadł szaman, stanął u jego boku i głosem wibrującym z napięcia wykrzyczał.
- Słuchajcie uważnie, tak przemawia litość i współczucie.
- Oto wasza zapłata!
Uklęknął i pod brodę wodza podstawił na łzy kapiące swoje stulone dłonie.

images 2Seks

Marzysz, jesteś na granicy snu. Widzisz na klawiaturze fortepianu, mocne męskie dłonie o wysmukłych palcach. Ich szybki ruch cię podnieca. Wywołuje dreszcz silniejszy od dotyku. To dopiero zapowiedź.

Wakacyjna miłość

wakacyjna- Widziałeś to jej zdjęcie? Pamiętasz, tak wyglądała?
- No co ty. Ja miałem trzy a ty cztery lata, kiedy zniknęła.
- Nie zniknęła, mieszkała czterdzieści kilometrów od nas i ani razu nie spróbowała się z nami spotkać.
- A ja mimo wszystko zatrzymam zdjęcie, a papiery spalimy wieczorem w ogrodzie.

DSCF1025Rajski ogród

Rozlewał się plamą na wzgórzu, niczym cień burzowej chmury.
Kiedy autobus wjeżdżał na szczyt, z twarzą przyklejoną do szyby sprawdzała, czy jeszcze jest. Robiła tak przez pięć, dziesięć kolejnych lat.
Był, trwał nadal.

1Słowo

   Słowo wypadło mu z ust i potoczyło się po płycie Rynku, omijając metalowe nóżki stolików, a on dalej patrzył w zachwycie na gibką postać dziewczyny przeciskającą się między fotelami i słyszał podniecający szelest spódnicy.
Schylił się jednak , żeby je podnieść i jeszcze przez chwilę posmakować na języku. Pamiętał, że było soczyste. Opadł więc na kolana. Pod sztywną serwetą panował półmrok.

Humoreska

- Pan tu nie stał!
Nabrzmiały pretensją głos zza pleców wytrącił go z równowagi i to w chwili, gdy ksiądz Faria powierzał Dantesowi tajemnicę, która miała przemienić go w hrabiego Monte Christo.
Uniósł głowę z nad książki, wpółprzytomny.
- A w takim razie gdzie? Zadał sobie pytanie.
Musiał jak najszybciej rozwiązać tę kwestię. Zastosował zasadę zapamiętaną z harcerskich zbiórek, komendę - z szeregu wystąp - i ustawił się półtora kroku obok kolejki, na brzegu chodnika.

Wolisz wieczory czy poranki ?

Słyszy, stłumiony ciężarem poduszki, kobiecy głos - zaspany, wpółprzytomny.
- Wolisz wieczory czy poranki?
- Zależy, na co polujemy.
Jego mocne ramie wynurza się z pościeli. Ale ten ruch i gwałtowny obrót ciała powoduje, że osuwa się w dół. Zamiast jednak poczuć chłód kamiennej posadzki, miękko upada na pachnącą wiosną ziemię.
Staje. Jego łapy uginają się, odpowiadając na sprężysty dotyk podmokłej łąki. Źdźbła trawy, jak wyostrzone miecze ze zgrzytem przesuwają się po nastroszonych wąsach. Potrącona łodyga dzwonka upuszcza krople rosy, a te z trudem wsiąkają w gęste futro kota. Przeciska się, wyginając zgrabnie tułów, między liśćmi łopianu i trafia na zieloną rozświetloną plamę. Układa się na jej obrzeżu, między tarczami mleczy. Mruży oczy i wbija wzrok w niewielki kopczyk. Czuje swoje napięte ciało, mięśnie gotowe do skoku. Czeka na ofiarę.

2Opowieść wigilijna

    Uparła się. Wigilię spędzi sama. Powoli zapadał półmrok, czas pierwszej gwiazdki. Siedziała w pokoju błądząc wzrokiem po tonących w ciemnościach sprzętach, obrazach, książkach. Telefon milczał. Rodzina była urażona ? A może uszanowano jej decyzję ? Sama zastanawiała się teraz nad nią.
Mniejsza o to. Chciała obudzić w sobie uczucia, które towarzyszyły jej kiedyś – oczekiwania i radości. Ocalić je dla siebie.

Fotografie
- wspomnienia

AniaM miniMyślę, że obie fotografie zrobiono w tym samym czasie i w tym samym miejscu. Sądząc po wieku dziewczynek, latem pięćdziesiątego drugiego lub trzeciego roku, w Jaworznie, w ogrodzie na tyłach piętrowej kamienicy - prawie za miastem.
Jest już po wojnie. Do domów wrócili mężowie i przyszły na świat dzieci. Naburmuszone, stojące wśród chaszczy Ewa, Hania i Krysia to córki trzech sióstr. Jedna z nich dzisiaj mieszka w Ottawie, druga w Krakowie, a trzecia pozostała tam, na miejscu.
Drzewo w głębi zdjęcia może być starą czereśnią. Dojrzałe owoce z czarną, napiętą skórką, plamiły palce i sukienki. W upalne dni na jej konarze zawieszano huśtawkę ze zbitych desek – niebezpieczną, bo bez poręczy. Ogród porastały wybujałe trawy, pokrzywy, krzaki dzikiego agrestu i porzeczek. Był niczyj.

kotekSzacowny Lucjuszu!

   Musisz przyznać, że zaczyna się nieźle. Brzmi dostojnie, tak jak imię i dopiero świadomość, że list jest skierowany do kota, odbiera mu powagę. Tym bardziej, że nie jesteś figurą retoryczną, ale płowo – białym kotem domowym.
Szacownym, bo to słowo od razu przychodzi mi na myśl, kiedy patrzę na Ciebie poruszającego się z godnością zażywnego czterdziestolatka w mięciutkim aksamitnym tużurku. Na ugiętych łapkach suniesz przed siebie, bezpardonowo tratując rzeczy napotkane po drodze.
Jesteśmy razem paręnaście dni - ciekawa jestem, jak je oceniasz? Pozwól, że napiszę o swoich obserwacjach, Ciebie i Twojego zachowania, dotyczących kwestii między ludźmi bardzo istotnej – wierności.

AniaTelefon komórkowy

Wyciąga słuchawkę z ucha. Nie mylił się, to dzwonek telefonu komórkowego. Stoi na środku Błoń, zapada już zmrok. Patrzy na zegarek jest 21.37.
Rozgląda się dookoła usiłując namierzyć miejsce skąd dochodzą dźwięki.
- Jest.
W trawie błyska nieduży prostokąt. Ze zdjęcia na ekranie uśmiecha się radośnie podstarzała blondynka. A pod spodem migocze natrętnie napis „Mamuśka”. Machinalnie dotyka „odbierz” i natychmiast płynie potok słów.
- Córeńko dzwonię i dzwonię od wczoraj. Nie zmrużyłam oka . Nie rób mi tego, przecież wiesz, że nie mogę się stąd ruszyć, a skrzydeł nie mam i nie przylecę.

stereotyp2Własny wizerunek.

Czy to co chcemy zaprezentować otoczeniu odpowiada naszemu wyobrażeniu o sobie ?
Czy często kłamiemy, aby wydać się bardziej interesującym?

     Stracić twarz – to przytrafia się naszym bogom i naszym wodzom. Nic gorszego nie może się zdarzyć, gdy zza skrywającej je dotąd zasłony pokażą wykrzywione

ptak11Mężczyźni

  Lubię mężczyzn, ich chłopięcą niefrasobliwość i odwagę z jaką rzucają się w niebezpieczne awantury. Lekkomyślność w szafowaniu zdrowiem i życiem, jakby byli nieśmiertelni. Ich chęć ciągłej zmiany i wędrówki w nieznane. Ich oczy wypatrujące tego, co za horyzontem. Gotowość sprawdzania się wobec nowych wyzwań. Logiczność myślenia i brak czułostkowości w postępowaniu. Szorstkość gestów, które skrywają prawdziwe uczucia. Dziecięcą, wieczną chęć zabawy, jakby ich świat miał trwać i trwać.

2Moja szkoła

Mojej szkole z tamtych lat, a myślę o latach sześćdziesiątych, było bliżej do pensji Bolesława Prusa niż współczesnego liceum. Myślę przede wszystkim o nienaruszalnej granicy między nami uczniami a profesorami, bo tak nazywaliśmy nauczycieli. Te dwa światy spotykały się, z pełnym dla siebie poszanowaniem, nie znając się zupełnie.
Wychowawcy byli prawie w wieku naszych dziadków - z mityczną dla nas przeszłością, z archaicznych, bo przedwojennych czasów.

Oczekiwania

Lubiły się spotykać. Umówiły się na wystawie obrazów. Właściwie to w kawiarni przylegającej do sal wystawowych, ale do nich już nie weszły. Rozmawiały o obrazach, których nie widziały a które wisiały na ścianach w pomieszczeniu tuż obok. Być może oglądały je kiedyś, ale nie pamiętały już kiedy to było. Siedziały zanurzone w fotelach . Niespiesznie przerzucały kartki katalogu ze zdjęciami obrazów. Snuły domysły o tym jak są malowane, przytaczały opinie znajomych. Podrzucały sobie słowa. Mówiły:
- A mnie nuży oglądanie w półmroku malutkich pejzaży, ciemnych i rozświetlonych od wewnątrz. To nieznośna maniera, kiedy dotyczy każdego z nich.
- Ciekawa jestem jak wyglądałyby w jasnych kuchennych pomieszczeniach, w promieniach słonecznego dnia? - dodała druga.
- Może lepiej, a może właśnie wtedy ukazałyby się ich mankamenty.

Harry

Mój przyjaciel Harry Potter

 - No nie!
Dziewczynka aż podskoczyła na krześle. Z kartek książki „Harry Potter i kamień filozoficzny” wyskoczyła w górę niewielka postać, żeby po chwili opaść na blat biurka na lekko ugiętych nogach. Tak, to był on, Harry Potter wielkości lalki Barbi, no może troszeczkę mniejszy. Miał na sobie szkolny mundurek, a na nosie druciane okularki.
- Udało się ! - wykrzyknął – A wcale nie byłem pewien, czy będę miał na tyle mocy, żeby się zmaterializować. Jestem przecież tylko papierową postacią, musiałem jednak spróbować ! Ależ ty masz czarne loki !

podopieczni"Podopieczni" 
  Elfride Jelinek

Reżyseria i adaptacja : Paweł Miśkiewicz
Scenografia : Barbara Hanicka
Muzyka : Rafał Mazur

Teatr Stary im. Heleny Modrzejewskiej, Kraków

Nie siedź w domu. Nie gnuśniej. Obejrzyj sztukę „Podopieczni” Elfride Jelinek. Poddaj próbie swoje człowieczeństwo. Bacznie obserwuj swoje uczucia i każde drgnienie serca. Bądź ze sobą szczery. Zastanów się. Czy jesteś przerażony kiedy do brzegu dobijają łodzie uciekinierów ? Są dla ciebie tłumem, który stanowi zagrożenie. Nie widzisz osób i twarzy, a ludzką masę; rozpaczliwie wymachującą rękami i krzyczącą w języku, którego nie rozumiesz.

kiszkaWypadek

- Kurde mol ! zaklęła pod nosem i obróciła głowę.
- No niechże się pani na mnie tak nie pcha. Widzę, że z dzieckiem. Wszystko widzę, tylko miejsca przede mną nie ma.
- No wreszcie - z ulgą wysiadła pod „Kryształem”. Sięgnęła po chusteczkę do przewieszonej przez ramie konduktorki. Była otwarta !
Stanęła. Gorączkowo grzebała usiłując znaleźć portmonetkę. Nie było ani jej, ani ukochanej kosmetyczki z tymi wszystkimi cieniami, tuszami i pudrami gromadzonymi z takim trudem.
Nagle uprzytomniła sobie, że dzisiaj zabrała z domu kartki żywnościowe. Chciała wyjść wcześniej z pracy i ustawić się w kolejce –za tydzień Wielkanoc.
- Boże !

Uciekinierzy

Patrzyła i patrzyła i nie mogła w to uwierzyć.
- Tato ! Tato !  Płynie ku nam żaglowiec!
Wpadła do kuchni trzaskając po drodze z impetem drzwiami małego ganeczku.
- E…  Przecież tam jest łąka. Obudź się wreszcie, umyj buzię i siadaj do śniadania – mówił tata niespiesznie smarując kromkę humusem.
- Przestań, proszę przestań i uwierz mi!
Ciągnęła go i popychała ku wyjściu.
Za drzwiami otwierał się widok na zieloną łąkę i błękitne niebo rozdzielone czarną krechą widnokręgu na której lekko bujał się statek.
- Niebywałe !
Tatę opuściła jego „angielska flegma”.  Pędził do domu krzycząc :
- Gdzie jest lornetka dziadka ?
Wnętrza szuflad i półek w okamgnieniu zamieniły się w stos niepotrzebnych szpargałów.

Niepokój

który cię trapi sformułuj i zapisz

Najpierw szeptano we wsi, że las opanował demon, złe się w nim rozpanoszyło. Wkrótce jednak gruchnęła wieść, że to nie demon a świniopas ze swoimi świniami trufli szuka. Przywędrował nie wiadomo kiedy i skąd.
Chłopy przed pawilonem sklepowym rechotały wesoło trącając się butelkami piwa i czkając głośno.
- E tam… długo tu nie wytrzyma, zawracanie głowy, przecież tu ni ma trufli. Sam powinien wiedzieć, bo podobno wykształciuch i miastowy.
Jednak z ostrożności przestano do lasu chodzić. Słuchano za to opowieści wyrostków i one właśnie zasiały w sercach mieszkańców niepokój. Chłopaki godzinami leżeli na łące, przeżuwali źdźbła trawy i przyglądali się ciemnej ścianie drzew, nad którą gromadziły się chmury. Ciężkie, kłębiaste, wiatr je przeganiał i naganiał z powrotem, Zginał pnie i miotał wiotkimi gałęziami.

przy kawie2Kobieta

Kobieta jest ludzką samicą i to określiło jej rolę w społeczności na tysiąclecia. Zamknęło i oddzieliło od męskiego świata. Jej przydatność zawęziło do kilkunastu lat płodności,a rolę do prokreacji. Jej wychowanie stało się ciągłą tresurą ciała i umysłu w poświęcaniu się i usługiwaniu innym. Wycieńczona wielokrotnymi ciążami i porodami nie zaznawała odpoczynku nawet w wieku dojrzałym, bo nie dożywała starości. Rodziła ludzi, a jednak była kimś podrzędnym. Wszystko co było istotą jej życia i ciała, stanowiło o jego wulgarności i nieczystości. Taki wizerunek kobiety pokutuje w różnych kulturach świata do dziś.

przemijaniePrzemijanie

Wiosenny poranek powoli nagrzewał mury kamienic i ich spadziste dachy. Kładł się słonecznymi plamami na płytach chodnika. Przebiegła na drugą stronę ulicy, skąpaną w świetle, stukając radośnie zgrabnymi obcasikami plecionych, skórzanych, sandałków. Idąc, rytmicznie machała plażową torbą. Z każdym oddechem, rześkie, wilgotne powietrze, wypełniało jej płuca, dając uczucie lekkiego rauszu, jak po wysączeniu kieliszka szampana. Co chwilę zanurzała się w cieniu pasiastych markiz sklepowych, które osłaniały wystawowe okna eleganckich magazynów.

Porządki

Pierwszy, drugi ,trzeci, dziesiąty, sześćdziesiąty. Półki , szuflady, skrzynie. Szeregi, rzędy, czworoboki. Odliczanie, oddzielanie , układanie. Jednolici, jednorodni. Tego samego koloru, tego samego przeznaczenia. Ocenianie, wartościowanie. Nazwy, nalepki, opisy Kto to wymyślił i po co?
Ziemia jest przez nas podzielona jak soczysty owoc mango niewidocznymi liniami południków i równoleżników na regularne cząstki wykrawane z jej żywego ciała. Łatwiej wtedy pochłonąć jej lądy - Australię, Europę, Azję . Chcemy zapanować nad nią, ujarzmić tą nieprzyzwoitą witalność. Odcisnąć ludzkie piętno. Uzurpować sobie prawo do stworzenia jej na nowo. Zrobić z nią porządek. To przecież pod tym hasłem zawsze zaczynają się rewolucje i polityczne przewroty. Nowe podziały, nowe zasady , nowi ludzie i ich porządki.
Ciekawa jestem, czy człowiek równocześnie wymyślił też czas ? Jedno i drugie daje mu złudną nadzieję panowania nad tym czymś niewyobrażalnym, co jak czujemy, więzi nas w sobie.

Wenecja2Święta w Wenecji

Jego żona spędzała święta z młodym kochankiem na plaży w Brazylii. On sam przyjechał do Wenecji, chciał w ten sposób jak klamrą spiąć ich wspólne dwadzieścia lat i zakończyć. Ten sam hotel, ten sam apartament. Boy postawił walizki a pokojówka zaczęła zasłaniać okna ciężkimi aksamitnymi portierami, kiedy w pensjonacie naprzeciwko rozbłysło światło i zobaczył za muślinową firanką przemykającą smukłą postać.
- Proszę zostawić, wystarczy, a śniadanie poproszę jutro do pokoju.
Układał w łazience swoje osobiste drobiazgi, sprawdził telefon komórkowy i okulary.

12Dobrodziejka

Zjechała na pobocze i przez chwilę siedziała bez ruchu z głową opartą na kierownicy. Kiedy ją wreszcie uniosła, już uspokojona, westchnęła i zerkając do lusterka poprawiła jeden z niesfornych, siwych kosmyków wymykający się spod jedwabnej przepaski.

Wysiadła. Wyciągnęła z bagażnika odblaskowy trójkąt i ustawiła go na drodze. Wiotka, ubrana w pastelowe ciuszki i kolorowe tenisówki z daleka wyglądała dziewczęco i nie przeczył temu nawet słomkowy kapelusz nałożony fantazyjnie na siwe włosy. Może tylko ostrożność z jaką zginała swój długi tułów, przywodziła na myśl starych ludzi.

rower2Rower

Tylne koło obraziło się na przednie. Na razie nikt o tym nie wiedział. Nawet rower, którego było częścią, nowiuteńki z białymi oponami i czerwonym wygodnym siodełkiem. Dumny z siebie jeździł alejkami osiedlowego parku. Porównywał się z innymi i uważał, że jest najlepszy.
Tymczasem koło tylne niezadowolone ze swojej pozycji, kręcąc się, usiłowało przyspieszyć, żeby znaleźć się z przodu. Na darmo, mimo uporczywych wysiłków nie mogło tego zmienić.

snySny

Przechodzę z jednego świata w drugi niezauważalnie, mimo woli, tak jakbym wślizgiwała się do ciemnego pokoju, w którym zgromadziłam swoje skarby i upiory. Te same, które zbierałam całe życie, dzień w dzień. Teraz jednak nadaję im inne znaczenia, zmieniam ich ciężar i gatunek. One same łączą się w zaskakujące związki. Nie podważam ich logiki, zanurzam się w sen i przeżywam go tak intensywnie, jak już nie potrafiłabym na jawie. Znowu w nim odczuwam dotkliwy ból z powodu utraty; namacalny tak, że po przebudzeniu ciemną chmurą wisi nad nowym dniem, zmieniając moje widzenie świata. Sen zmusza mnie do okrutnych i rozpasanych pragnień, wstydzę się ich na jawie, bo wiem że są mną. Czasami drwi ze mnie, przyjmując pozór rzeczywistości. A w tej dekoracji odgrywa historię znaną mi ale dawno zapomnianą, bez znaczenia. Nieprawda! Sen dodaje jej jaskrawych kolorów a ona krzyczy od nowa.

Śmiech

Uśmiech został bezpowrotnie dla nas stracony. Ten znak pokoju między ludźmi stał się fałszywą monetą. Został zawłaszczony przez gospodarkę i zaprzęgnięty do ciężkiej pracy. Najprostszy ze sposobów budowania więzi, jest już tylko znakiem graficznym, albo ozdobnikiem, zakrętasem w reklamowym sloganie. Błyska bielą zębów na opakowaniach pasty, oblepia maski aut, być może wkrótce sięgnie czołgów i rakiet balistycznych ze swoim hasłem „Możesz więcej” .
Został nam więc tylko śmiech. Ten, który znienacka wyrywa się z naszych trzewi. Ten rechot, którym puentujemy nieudolne naśladowanie naszej doskonałości. Prześmiewczy, unoszący nas powyżej innych. Jaka szkoda, że zapomnieliśmy o tym dziecinnie perlistym, który rozbrzmiewał wtedy, gdy naszą duszę delikatnie łaskotał radosny obraz świata. Czy wkrótce przestaniemy się śmiać?
Sama nie wiem, co wobec tego myśleć o powstających szkołach śmiechu. Warsztatach, gdzie pod okiem terapeuty można nauczyć się umiejętnego napinania i rozciągania mięśni twarzy, by go wywołać.

poezjaWiersz Stanisława Barańczaka
„Wrzesień 1967"

Ta historia miłosna jest jak piracka flaga. Dumnie łopocze na chwałę żywiołu jakim jest życie - jego cudowności i nieprzewidywalności. I przypadku, który przygodę dwojga młodych ludzi zamienił w misterium dusz i ciał. Sam autor, podmiot liryczny, pyta z niedowierzaniem, jakim prawem i jakim cudem oni, kochankowie odnaleźli siebie nawzajem „między dnem szarych chmur a warstwą rudych szpilek" . Jakim trafem, niczego nie przeczuwając, ulegli sile natury i morzu, co obudziło „w ciele słony, dziki, jednostajny rytm fal, które zbijały z nóg spienionym światłem zmieszanym z piaskiem, żwirem i wodorostami" i co kazało im „ten rytm naśladować w spieszniejszym narzeczu dwojga ciał".

Najważniejsze pytanie

Zastanawiam się, komu mogłabym zadać najważniejsze dla mnie pytanie? Czy tej głębi, w której unosimy się na nitkach naszych pragnień? Nie, myślę, że tylko sobie.
Człowieczemu życiu sens nadały religie. To one znały odpowiedzi na strach, niemoc, bezradność. Od tysiącleci budowały, krok po kroku, misterny system naszych powinności i zależności od władzy. Stworzyły piramidę zwieńczoną postacią sędziego i pana. A potem włączyły ją we wszechświat i oznajmiły - to jest twój dom człowieku.
Ale człowiek podważa tę pewność. Próbuje dotrzeć do dłoni trzymającej nić, na której kołysze się ziemia. Ciągle próbuje spojrzeć w twarz temu, kto go stworzył i spytać - po co? A to wcale nie jest najważniejsze.
Jaka jest przyczyna tego, że jest i po co jest cierpienie? To najważniejsze pytanie. Wiem, że my byliśmy i będziemy winnymi - dlatego pytanie kieruję do siebie.

Anna Marek

 

Nowe życie

Telefon zadzwonił raz i jeszcze raz i jeszcze, po chwili ucichł. W mieszkaniu panowała cisza i półmrok. Opuszczone żaluzje nie pozwalały się wedrzeć do wnętrza porannemu światłu.

Klucz zachrobotał w zamku i wypadł na podłogę. Po chwili pchnięte leciutko drzwi otwarły się i mężczyzna wszedł do środka. Na palcach podszedł do tapczanu, nie dotykając niczego po drodze. Leżała na brzuchu, spod kołdry wystawały stopy z polakierowanymi na różowo paznokciami. Głowa była zanurzona w poduszce, na której rozsypały się jej siwe włosy. Wokół panował idealny porządek i tylko to ciało starej kobiety w rozrzuconej pościeli. Wiedział, że nazywała się Ada Słodowicz. Wrócił do przedpokoju, na podłodze postawił brudny plecak i dwie papierowe torby, zdjął ubłocone adidasy. Wszedł do łazienki i zaczął napuszczać do wanny ciepłą wodę.

To będzie pierwsza kąpiel od przeszło dwóch lat. Przeszedł do kuchni, włączył gaz i postawił na nim czajnik, a do wyszczerbionego, porcelanowego imbryka wsypał herbatę. Poruszał się po mieszkaniu bezszelestnie, nie chciał jej przeszkadzać, chociaż nie można już było jej obudzić. Myślał o niej z czułością i szacunkiem.

praca1

Moja pierwsza praca

Pracy szukałam za Wisłą, w Podgórzu. Tam rzekę obsiadły duże zakłady, małe warsztaty, magazyny i składy węgla. To był inny świat. Wąską ulicą Lwowską przeciskały się tramwaje między odrapanymi kamieniczkami a cygańskie dzieci rozbiegały się z krzykiem przed kołami nadjeżdżających aut. Niewielu młodych było widać na ulicach, przechodnie mieli w twarzy zmęczenie a ich ubrania śmierdziały potem.
Wiedziałam, że to musi być zakład przemysłowy , nie instytut, czy laboratorium, bo tylko on część funduszu socjalnego przeznaczał na zakup mieszkań dla pracowników. A mieszkanie było dla mnie najważniejsze. Na swoją kolejkę w spółdzielni czekało się wieczność.
Znaleźć pracę nie było łatwo. Tak jak zawsze i wszędzie, potrzebna była protekcja. A moja przyszła nieoczekiwanie.

Cipióra

Sala przyjęć dyszała gorącym powietrzem ciężkim od zapachu bergamotki, mieszanym ogromnym wachlarzem z indyczych piór, zawieszonych pod sufitem. To w niej rozsiedli się purpuraci, między którymi uwijali się młodzi klerycy. Wpółleżąc w fotelach z wypiętymi, opasłymi brzuchami ozdobionymi łańcuchami i turkusowymi krzyżami, delektując się, pili kakao z maluteńkich japońskich filiżanek. Pałac wicekróla rozbrzmiewał dźwiękami barokowej zarzueli, prawdziwie hiszpańskiej z librettem Pedro Calderona. Korytarze niosły ją, aż cicha jak chóry anielskie wpadała do salonu. Rozmowa przez chwilę nabrała kolorów, podniesione głosy spierały się o słowo „cipióra" i jego pochodzenie. Jeden z młodych zakonników o wyraźnie indiańskich rysach twarzy, słuchał z uwagą. Mówiono o książce, spisanej przez Bernola Diaza, żołnierza Hernana Cortesa, „Prawdziwa historia podboju Nowej Hiszpanii" którą niewielu czytało, ba, widziało.

Rodzinne tajemnice

Stała przed drzwiami rodzinnego domu. Nacisnęła dzwonek i czekała. Pomyślała o sobie, że rzeczywiście jest przeciwieństwem matki. Głośna, zwracająca uwagę męskim, trywialnym i donośnym śmiechem, komisowymi swetrami w popartowskie wzory, krótkimi spódniczkami i czerwonymi lakierkami ze złotą klamrą. Z zasady też nie zgadzała się z nikim a najbardziej właśnie z nią, matką. Teraz zjawiła się na cotygodniową rodzinną potyczkę. Będą jeść razem kolację, kłaść na talerzach swoje racje, dzielić je i z trudem przełykać. Bawiło ją to. Drzwi otwarły się i stanęła w nich starsza pani. Jej widok jak zwykle ją obezwładnił. Patrzyła z czułością na piękną głowę matki osadzoną na długiej szyi i wyprostowane ciało skryte - Jaka szkoda - westchnęła - w fałdach szaroburej kiecki. Kolacja przebiegała jak zwykle. Tyle, że na koniec włączyły telewizor, żeby wysłuchać prognozy pogody.

przep1Przeprowadzka

Przeprowadzka została postanowiona. Miała opuścić dom, który w jej pamięci, jawił się jak korab na wzburzonych wodach zieleni. Rozłożysty, zatopiony wśród korony drzew. A przecież była to tylko wiejska szkoła, usadowiona niedaleko kościoła i remizy. Tam mieszkała. Obok była klasa, olbrzymia i jedyna. Deski jej podłogi zaciągnięte pokostem, czarne od błota, uginały się jak pokład pod galopem dziecięcych nóg. Drewniane niczym dyby ławki, z kałamarzem na środku pulpitu, stały w paru rzędach. W czasie lekcji nauczyciel miarowym krokiem przemierzał tę przestrzeń. W jej wspomnieniach, pojawiała się też sutanna.

Najstarszy zawód świata – dziwki i żołnierze

Dziwki i żołnierze - najstarsze zawody świata, ale powstrzymajcie się z pogardą. To oni służą pierwotnym ludzkim instynktom. Dają światu to, co każdy z nas ma najcenniejszego, niepomni na strach i cierpienie. To sposób na przeżycie tych, którzy nie mają nic, prócz własnego ciała. Nie potrafią wysługiwać się innymi, nie zmuszają do pracy nawet zwierząt. W ich zawód wpisane są ból, rany, okaleczenia a te niekoniecznie przytrafiają się każdemu z nas. Ciała traktują jak najsprawniejsze maszyny. Służą im a nimi - innym. To co robią wywołuje skrajne emocje i nie cieszą się naszym szacunkiem. Nałożyliśmy im więc maski i wyrzucili poza nawias. A właśnie oni są czyścicielami społecznej tkanki .
Pomyślmy o ich uczuciach.

Barwy samotności

00 morze3Czy znacie to uczucie osamotnienia i bezradności, które przychodzi do nas nocą pod rozgwieżdżonym letnim niebem? Jesteśmy drobiną zawieszoną w nieskończonej otchłani wszechświata, zatopioną w jego antracytowej głębi. Pojawia się w naszym umyśle u progu dojrzewania. Właśnie rozglądamy się buńczucznie wokół, przekonani o własnej wyjątkowości, kiedy dopada nas świadomość zimnej obojętności wszechświata i nieuchronnego końca naszej egzystencji. Tak jakby dotknął na palec boży i naznaczył tą wiedzą na całe życie. Myśl zostaje w nas , chociaż tłumiona przez bliskość innych i codzienność. Odzywa się czasami w dramatycznych okolicznościach wtedy, kiedy skórę, obrys naszego ciała odczuwamy jako nieprzekraczalną granicę dla nas samych i innych.

twarzeTwarze – skojarzenia

Twarz to bezwolne teatrum uczuć i emocji. Ukazują się na niej zanim zdążymy ubrać je w słowa, lub za nim ukryć.
Chcemy nad nią panować. Czymże innym jest instynktowne ukrywanie jej w dłoniach lub bezwiedne zasłanianie ust, w chwilach rozpaczy czy szczęścia? Nie chcemy paść łupem tego kto stoi naprzeciw nas. Nie chcemy być bezbronni wobec niego.
Sami w skupieniu też obserwujemy twarz przed nami . Co wyraża, akceptację czy odrzucenie ? Kim jest inny, jak odczytać jego intencje? Jak temu stawić czoło? Stworzyliśmy więc kod, którym wyrażamy: złość, nienawiść, ból, radość. Ubraliśmy maski.

Piórko - Świąteczna bajka

Anioły się radują, bo nadchodzą Święta. Grzebią w niebieskich zakamarkach, szukają wstążek, korali, śpiewników i nut. Zakładają nowiutkie struny do skrzypiec. Czekają na Gwiazdę. Tam na dole mówią o niej wszyscy, dorośli i dzieci. Ciekawe o której, tyle tu ich na niebie. Jeszcze do Świąt daleko, ale im już udziela się atmosfera świątecznej zabawy. Próbują naśladować dzieci w śnieżnym szaleństwie. Niestety tu nie ma śniegu, ale za to są chmury, które przypominają kopy bitej śmietany. Jakaż to przyjemność, fikać koziołki, zapadać się w nie po uszy. Przeskakiwać z jednej na drugą, kiedy tak płyną po niebie jak lodowe kry rzeką. Kiedy tak bawią się w najlepsze, jedno małe piórko odrywa się od anielskiego skrzydła i samiutkie zawisa w gwiezdnej przestrzeni. Unosi się i kołysze jak mała łódeczka na falach oceanu. Gwiazdy w oddali świecą i migocą niczym olbrzymie latarnie morskie. Przestrzeń wokół lśni jak powierzchnia lustra w ciemnym pokoju. Piórko przegląda się w niej i przypomina sobie przestrogi Aniołów.

Mały Królewicz
 - bajka dla Lenki

AM malykrolewiczByły sobie dwie siostry, jedna troszkę starsza od drugiej, a więc druga, ta z rudymi warkoczykami i piegami na nosku, troszkę młodsza. Razem nie miały więcej niż piętnaście lat. Kiedyś, starsza z okazji swoich imienin dostała w prezencie książkę z baśniami J. Ch. Andersena. Od tego czasu ta mała Rudaska godzinami przesiadywała, słuchając czytanych bajek. Od razu pokochała Królewicza z baśni o „Małej Syrence". Mogłaby pokochać Syrenkę, bo to ona była bohaterką i miała wszystkie przymioty szlachetnych postaci. Była śliczna, czuła i miała najpiękniejsze na świecie nóżki. Żeby je otrzymać od morskiej czarownicy, musiała oddać swój mały różowy języczek, a co za tym idzie, stracić piękny głos, którym syreny, wabiły żeglarzy z morskich okrętów na zatracenie.

Bryłka bursztynu  - bajka

Nocą porywisty wiatr łomotał w drzwi balkonu, sypał piaskiem w okna i przyginał młode sosenki na wydmach aż do ziemi. Dom skrzypiał i kołysał się jak korab. Drewniane krokwie dachu rozciągnięte, jęczały i wydawało się, że on sam za chwilę rozpostrze swoje skrzydła i odleci. Nad ranem wszystko ucichło i zaświeciło słońce. Dzieci gromadą ruszyły na plaże, zbierać cudeńka wyrzucone przez morze na brzeg. Sfrunęły niczym stado wróbli z wydmy na mokry piasek i biegły ile sił w nogach szukając muszli i bursztynów. Joasia, mała ciemnowłosa dziewczynka stąpała z uwagą po śladach swoich poprzedników i na samej linii wody, mimo tylu wcześniej uważnie patrzących oczu, zobaczyła obmywaną przez falę ciemną grudę.
- Mamo, mamusiu, zobacz co mam ! - krzyczała wyprostowana z uniesioną w górę małą piąstką.
- Pokaż, mnie pokaż! Ja chcę to zobaczyć! – krzyczały dzieci. Otoczona nimi jak w orszaku szła poważna i skupiona, z wyciągniętą rączką.

u3

Moje nałogi

Wszyscy stajemy się nałogowcami z pierwszym haustem powietrza, które wdziera się do naszych płuc. Wyrzuceni na biały brzeg pościeli, nie wiemy jeszcze o tym a już jesteśmy uzależnieni od życia. Jedyni z ziemskich stworzeń, którzy mają świadomość wyboru, a jednak bardzo rzadko decydujemy się z niego skorzystać i zrezygnować z życia. Jesteśmy oddani w jego władanie, bezwolni wobec jego mocy. Zaczyna się, jak każde takie przywiązanie, tracimy wszystko co było nam dotychczas dane, sen w pulsującym wilgotnym wnętrzu. Jesteśmy sam na sam, z tym czymś co nas ogarnia i nazywa się życiem. Powoli smakujemy każdy jego łyk. Nasze zmysły doznają tysiąca bodźców od oszałamiającej rzeczywistości wokół.

Uczucia, które przyszły nie w porę
Jego duża ogolona głowa wychynęła z ciemności i pojawiła się w kręgu światła.
Zupełnie machinalnie przedstawiła się i uścisnęła jego dłoń. Dopiero wtedy podnosząc wzrok zobaczyła osadzone blisko siebie smutne oczy i usłyszała wypowiedzianą niskim głosem, przekorną ripostę na powitanie pani domu. To był ktoś inny, nie ten kogo się spodziewała. Ktoś z przeszłości, tyle, że wtedy to był osiemnastoletni chłopiec, a dzisiaj prawie czterdziestoletni mężczyzna, ale uczucie, jakiego doznała teraz było tak samo intensywne jak kiedyś, sympatii i lekkiego erotycznego podniecenia. Wtedy bardzo szybko o nim zapomniała. Uważała, że jej reakcje są niestosowne i śmieszne. Teraz wyglądało na to, że spędzą wspólnie parę dni. Z obłudą, jak skonstatowała, mogła go obserwować i zrozumieć wreszcie motywy swojej fascynacji. Na pewno typ urody, wschodni, semicki z lekką ociężałością w ruchach spowodowaną wiekiem i pewnością siebie a dalej...

schwartz chCzarne charaktery. Muszę przyznać się, że te słowa wywołują pod moimi powiekami obraz szalonego tańca, mężczyzn w smokingach i frakach, z cylindrami w dłoni lub na głowie. Wirują wokół mnie, oślepiając, od obrotu do obrotu, błyskiem białych zębów i śnieżnych gorsów. Ależ tak, jest wśród nich uroczy Arsen Lupin, drapieżny Rhett Butler, siermiężny Janosik, dumny Kmicic, Huckleberry Finn, a nawet Czarnoksiężnik z Krainy Deszczowców. To są awanturnicy, złodzieje i zabójcy mający niejedno na sumieniu, a jednak patrzymy na nich z podziwem. Na ich wdzięk i lekkomyślną łatwość, której nam nie dostaje, a z którą oni łamią zasady, ulegając pokusom. Czyżby robili to w naszym imieniu? Brak nam odwagi, żeby sięgnąć łapczywie, tak jak oni, po zakazany owoc. Chociaż wiemy, że tu, poza rajem, jeżeli sami go nie zdobędziemy to nie będzie nam dany. A oni są jak dawni harcownicy. Pchani pożądliwością wyskakują przed karny tłum.

przyjazn2Przyjaźń

Mieszkały po przeciwległych stronach ulicy, krótkiej u wylotu zamkniętej skwerem z potężnymi jesionami. Obie na pierwszym piętrze tak, że ich okna przeglądały się w sobie. Krzątając się w kuchni mogły widzieć tę drugą; rozdzielała je wąska ulica i zagracone podwórko. Właśnie tak znały się przez lata – z widzenia. Nie wiedziały też, że mają to samo imię. Maria Starsza, wspominała mi później że fascynował ją głos tej Młodszej. Nie znoszący sprzeciwu, a zarazem melodyjny.  Słyszała jak wychylona z okna przywołuje synów z podwórka. Tak jak tego śpiewnego zawołania, zazdrościła jej posłuszeństwa i uległości chłopców. Byli wpatrzeni w swoją mamę, urodziwą, postawną blondynkę. Wzdychała, mówiąc mi o tym, ona nie miała tego szczęścia. Byli też mężowie, ale zniknęli dość wcześnie. Tej Młodszej po prostu umarł, a starszej wyprowadził się któregoś dnia.

Podróżny

walizkaPowoli do jego uszu docierały szumy, hałasy, stukot kół o szyny, zgrzyt zaciąganych hamulców i ludzki gwar. Otworzył oczy i rozejrzał się dookoła. Siedział oparty o ścianę kiosku z gazetami. Tłum przesuwał się, czasami ktoś zerkał w jego kierunku, nie zatrzymując się na szczęście. Mocno uchwycił poręcz stojącej obok ławki i podciągnął się do góry. Ze zdziwieniem zauważył krwawiące kostki dłoni. Nieopodal niego leżała walizka, duża i elegancka, a z jego ramienia zwisał już tylko pasek skórzanej męskiej torby. Wyrównał oddech, uspokoił się i ruszył na poszukiwanie toalety, ciągnąc za sobą bagaż. Secesyjna architektura dworca, mimo że wielokrotnie modernizowana, budziła podziw. Metalowa więźba dachu wyznaczała ogromną przestrzeń.

wagary3Wagary

- Mrówka, błagam, wolniej- Dyszałam, szkolny worek obijał się o moje boki, z nieba lał się żar. Wspinałyśmy się na górę Zamkową, która wznosiła się zaraz za szkolnym internatem. Mrówka parła do przodu, czepiając się gałązek krzaków i podpierając w razie potrzeby dłońmi.
-Mrówka, powiedz mi - smędziłam, dlaczego idziemy właśnie z tej strony góry, przedzierając się przez gąszcz tarniny i dzikiej róży.
- A chciałabyś defilować przed oknami szkoły na oczach ich wszystkich? Zapytała Baśka i zamaszyście otarła pot z czoła, mażąc na nim dwie brudne krechy.
To były nasz pierwsze wagary, kto by pomyślał, w jedenastej klasie, tuż przed maturą.

koniczynaKonstanty Ildefons Gałczyński, o szczęściu

My dzieci „zimnej wojny", szarości i ruin, sztandarów i pochodów, szczekaczek ulicznych, terroru wielkich liter i koturnów, jak mogliśmy nie ulec magii wierszy mistrza Ildefonsa. Szczególnie tych przedwojennych, surrealistycznych, szalonych, skoro wokół zwyczajność, Proletariat i Pokój, Praca i wiodąca w tym rola uprawy buraka cukrowego. Odpłynąć gdzieś daleko w barwne, egzotyczne światy.

Kiedy nocą odpływał okręt do Arabii,
od fajerwerków huczną, a od bólu niemą,
długo jeszcze z pokładu twoje oko wabi, lunatyczny kochanek z białą chryzantemą.

Wesele w Michałowie

- Księże proboszczu! Księże proboszczu!
Woźnica ściągnął lejce, w zapadającym zmroku ledwie było ją widać. Osadził konie w miejscu i odwrócił się do tyłu –To ta mała Hania ze szkoły od Niklów.
- Księże proboszczu a mogę się z wami zabrać na wesele?
-Rodzice wiedzą? Spytał surowo proboszcz. Nabrała powietrza – pewnie - i już wspinała się i sadowiła na ławeczce obitej czerwonym pluszem w odświętnie przystrojonej bryczce. Plecami do woźnicy i przodem do proboszcza, który zaczął ją przepytywać. Rozglądała się z satysfakcją, to tą bryczką państwo młodzi jechali do kościoła.

trzyPrzyjaciółki
Poznały się w czasie egzaminu na studia do jednej z krakowskich uczelni. Może widziały się wcześniej w którejś z egzaminacyjnych sal, lub na korytarzu, ale na pewno nie stąd brało się uczucie bliskości, już przy pierwszym spotkaniu.
Klara i Aga wyszły z budynku biblioteki. Idąc chodnikiem, w rozświetlonych słońcem powietrzu, nagle dostrzegły siebie nawzajem. Klara bez zastanowienia wyciągnęła rękę i to samo zrobiła Aga, obie równocześnie powiedziały swoje imiona i radośnie się roześmiały, a wtedy z tyłu usłyszały wołanie
-Poczekajcie na mnie, ja też chcę być z wami ! Biegła ku nim wysoka blondynka, potykając się o rzemyki swoich sandałów.
-To gdzie idziemy -wysapała Danusia – Już wcześniej zwróciłam na was uwagę.

dorozkaMagiczny Kraków

Magiczne miejsca są, jak w bajkach, czasami z wylądu niepozorne. Trzeba je znaleź, wymagają też ducha opiekuńczego, który będzie nad nim czuwał. Tak właśnie miała się rzecz z Krzysztoforami położonymi przy mało reprezentacyjnej ulicy Szczepańskiej, która chociaż wychodziła na Rynek, nie miała wielkomiejskiego poloru Floriańskiej czy Grodzkiej. W tamtych czasach, a piszę o latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, to uliczka kiepskich barów, jak chociażby ten „Pod trzema rybkami" czy „Pikolo" i pokątnych handelków w bramach, wiecznie zatłoczonego parkingu na placu Szczepańskim, nie mówiąc o budynku Milicji Obywatelskiej na rogu przy Plantach.

Recenzje filmowe

recenzjaGoltzius and the Pelican Company
Reż. Peter Greenawey

To nie będzie tylko recenzja filmu „Goltizius and the Pelican Company", chciałabym napisać również parę zdań o miejscu w którym go obejrzałam, o kinie Kika, malutkim, kameralnym. Ten pokaz to było jak seans grozy w dziecinnym pokoju. Siedziałam prawie na podłodze w odległości paru metrów od ekranu. Goltizius wychylał się z czarnego kadru, jego wielka twarz wisiała nade mną sugestywnie opowiadając tylko dla mnie niezwykłe historie. Byłam jedynym widzem.

Kraków bez makijażu

DSCN9417 Krakowianie wiecznie narzekają na mgły i smog unoszący się nad miastem - doprawdy trzeba niezłej wichury żeby je przegonić. Kiedyś mówiło się nawet o malaryczności tutejszego klimatu. Winne temu jest położenie miasta w niecce, przez którą przepływa, klucząc na podmokłych łąkach i bagnach Wisła. Stare odnogi koryta i dopływy małych lokalnych rzeczek , strumyków nasycają ziemię wilgocią. Dolinę okalają wzgórza niezbyt wysokie i odległe od siebie i jeszcze dzisiaj porosłe lasem.

Moja wymarzona podróż

Podróż jest mirażem. Zlepkiem marzeń, przeczytanych książek i snów. Oczekiwaniem tego, co ukaże się za widnokręgiem, a chociażby za rogiem, co umyka i zostawia niedosyt. Jest ruchem , zmieniającym się obrazem świata w oknie pociągu. Jest pobudzeniem naszego ciała do wędrówki, napina nasze mięśnie, wyostrza zmysły. Jest zrzuceniem z barków wygodnego przytulnego okrycia i wystawieniem naszej skóry na słońce, wiatr i razy. Jest też wędrówką w przeszłość, w historię. Najlepiej podróżować pociągiem, ot jak chociażby tym z dzieciństwa, który niespiesznie wspinał się na św Krzyż - wąskotorówka z kilkoma zaledwie wagonami, tocząca się przez Puszczę Świętokrzyską.

Opowiastka dla Alusi

kids readNiusia od paru dni była podekscytowana perspektywą wyjazdu na wycieczkę klasową w góry. Najbardziej podniecała ją to, że przekroczą granicę i będą zwiedzać jaskinie w Czechach. Myślała o upominkach, które tam kupi i kogo nimi obdaruje. Przepytywała podchwytliwie rodzinkę, co jest takiego po tamtej stronie, czego nie ma tu.
Dzień wycieczki do Czech na pewno na długo zapadnie w jej pamięci.
Jaskinia z wielometrowymi soplami, które setki lat czekały tu na nią była oczywistością. Ale ekscytujące było dla niej przejście przez nowoczesny pawilon handlowy z kasami biletowymi i sklepikami sprzedającymi kawałki skał i stalaktytów. To wszystko wyeksponowane umiejętnie na ladach w promieniach jarzeniowych lamp i uśmiechach sprzedawców.

Stereotyp

 stereotyp5Stereotypy zmieniają prawdziwych ludzi z krwi i kości w kukły. To one symbolizują nasze uprzedzenia, obawy, a czasami nieuświadomiony strach. Nasze lęki tworzą straszliwe golemy zszyte z kawałków dawno już martwych ciał. Są karykaturalne i nie oddają prawdziwych myśli , uczuć, ukrytych pod tą skorupą. Przerażają nas, sztuczne jak materia z której ich stworzono. A przecież wydawałoby się, że schematyczność myślenia, ułatwi zrozumienie skomplikowanego świata, ot nalepienie naklejek na szufladzie i już wiadomo co która zawiera.

Bohaterowie codzienności

Wstała niewyspana, machinalnie włączyła radio. Spiker czytał komunikat o ogłoszonym konkursie radiowym na opowiadanie, którego tematem mieli być bohaterowie codzienności. Parsknęła śmiechem. Wyobraźnia podsunęła jej obraz galopujących topornych postaci, żniwiarki i robotnika ściganych przez mocarnego górnika, to wszystko w slapstickowym tempie starego kina. Czyżby nasze zwyczajne życie znowu dopominało się o herosów? Czy znowu place i skwery miały zaludnić się pomnikami tych niezłomnych, pierwszych w pracy, odważnych boju i heroicznych w bólu, nawołujących nas ludzi żebyśmy szarą codzienność przekuli w marmury? Na szczęście codzienność potrafi ośmieszyć i rozbroić tę pozę i jej koturnowość.
Bo czyż nie tak to się zdarzało w czasach tryumfalnych pochodów pierwszomajowych w pierwszych latach po wojnie.

Kanadyjczycy

To tak wygląda to miejsce, pomyślałam, spoglądając z góry na zieloną wyspę, wziętą w kleszcze dróg szybkiego ruchu. Zdjęcia, które oglądałam wcześniej, pokazywały młody sosnowy lasek na zboczu, przechodzący w zarośnięty chaszczami ogród, na który otwierał się olbrzymim tarasem dom, architektonicznie nawiązujący do górskiego szałasu, czy też bacówki. Zbudowany z drewnianych bali, surowy, rzucający wyzwanie zgrabnym, przytulnym domkom kanadyjskiego przedmieścia. Taki też był wewnątrz. Pełen powietrza, światła, kolorowych drobiazgów przywiezionych z wędrówek po obu kontynentach. Pusty, nie ograniczający niczym ludzi, którzy tu żyli.
Gospodarze nie zmienili się wiele. Na pewno okrzepli, zadomowili się tutaj, nabrali pewności, że to jest ich miejsce.

Józefa sny

Jozef2  Siedział ciężko sapiąc na wersalce. Był duży, jak to się mówi, kawał chłopa, miał 67 lat. Jego brzuch opierał się miękko na kolanach. Co jakiś czas spomiędzy wąskich szparek powiek rzucał spojrzenie na ekran włączonego telewizora.
Jeszcze wiele mogę – tak myślał o sobie - ale nie wszystko mi się chce, bo i po co.
Nie cierpiał swojego pokoju. Był wąski, brakowało mu w nim powietrza Rozłożona wersalka zajmowała prawie całą przestrzeń. Ściany ozdabiały proporczyki, dyplomy ukończenia kursów i studiów, słowem, dokumentacja jego zawodowego życia. To była klitka, najmniejsza w całym mieszkaniu i to, że jemu przeznaczona odbierał jako swoistą degradację.

Eleonora z Akwitanii  -  być może zodiakalny Lew (?)

 

lew

Przyznam się, że temat pracy, był dla mnie nie lada problemem. Jestem racjonalistką, chociaż jak wszyscy, ponurego typa nazywam „facetem spod ciemnej gwiazdy", a najcudowniejszym wieczorem, dla mnie, jest ten wigilijny, rozpoczęty wzejściem gwiazdy betlejemskiej, pamiętając równocześnie, jak to wszystko się skończyło.
Znaki zodiaku, i upatrywanie w nich przyczyn naszych klęsk i sukcesów to trochę jak szukanie czterolistnej koniczynki na wielkim zagonie.

Biała Dama - Romans i kryminał w jednym

bialadama2 Prolog
Całą noc mały spał niespokojnie, więc rankiem pani Leńczowa zabrała się do rozpalania w piecu. Dopiero co świtało, przez okna zaklejone papierem przedzierało się zimowe światło. Nie było tego widać ale wychodziły one na drogę, a dalej za nią rozciągał się zaniedbany park wokół willi Decjusza. Olbrzymie stare drzewa stały dostojnie w czapach śniegu. Piękne miejsce – westchnęła pani Leńczowa – myśląc jednocześnie z lękiem o budach granatowej policji na podjeździe willi. Był 31 grudnia 1944 roku.

Podróże małe i duże  -  Na komendzie

milicja1  Przez przednią szybę ciężarówki widziała już w oddali światła miasta, nareszcie, pomyślała z ulgą. Parę minut później powiedziała do kierowcy.
-Proszę się tutaj zatrzymać- równocześnie sięgnęła ręką do klamki.
Był zaskoczony . Zahamował, coś tam bełkotał, że „taka młoda, sama nocą, aż strach" ale już wysiadła.
Odjechał. Stała na poboczu radośnie kolebiąc się na nierównych płytach chodnika.
Ufała swojej intuicji i dlatego wysiadła. Jechała z nim od Wrocławia, tam rozstała się ze swoją paczką, wracała do domu.

Joomla Template - by Joomlage.com